sobota, 28 lutego 2015

Rozdział 18 "Okradłeś kwiaciarnię?"

Dżen­telmen nie wy­sadza drzwi do ko­biece­go ser­ca po­całun­kiem. Naj­pierw ot­wiera je uśmiechem. 

Obudziłam się dość wcześnie. Poranne słońce wpadało przez szczeliny żaluzji, miło ogrzewając moją twarz. Uśmiechnęłam się, a następnie otworzyłam powoli oczy. Widok, który zobaczyłam trochę mnie przeraził. Wciąż nie mogłam uwierzyć, że przylecieli do Polski specjalnie dla mnie. Prawie cała drużyna. Całe szczęście, że mają małą przerwę. Wytrąciłam się z opowiadania o tym co zobaczyłam... Żałujcie, że tego nie widzicie. Na moim łóżku spały trzy osoby, a mianowicie ja byłam wtulona w Leo i spalam na jego klatce piersiowej, a Ney wtulił się we mnie. Na podłodze spała reszta piłkarzy. W poprzek leżał Pique, a na jego brzuchu spali Andres z Xavim, a na jego nogach spali Tello oraz Alexis. Najbardziej rozbawił mnie Bartra, który leżał samotnie w kącie pokoju, zwinięty w kulkę niczym kotek. Delikatnie wyswobodziłam się z uścisku moich dwóch panów po czym powędrowałam do kuchni. W środku krzątała się babcia. Przywitałam się z nią i usiadłam przy stole, jednocześnie podpierając głowę na dłoniach. Wczorajszego wieczoru chłopcy ukradli mojemu dziadkowi nalewkę i oczywiście się nią raczyli, ja tylko spróbowałam. W końcu ktoś musiał ich pilnować. Iniesta jako znawca win uznał, że mój dziadek ma talent i z chęcią spyta o proporcje. Podczas popijania trunku rozmawialiśmy i śmialiśmy się niemal z każdego słowa. W pewnym momencie nawet zaczął boleć mnie brzuch. 
Babcia postawiła przede mną talerz z kanapkami. Pochyliłam się nad nimi, a do moich nosdrzy doleciał piękny zapach ciepłych bułeczek.
- Zmieściliście się w pokoju?- przerwała ciszę, która panowała w kuchni.
- Jakoś nam się udało.- zaśmiałam się cicho wspominając piłkarzy. Wymieniłam z babcią jeszcze kilka zdań, dokończyłam kanapki, dopiłam herbatę z cytryną, po czym wróciłam do pokoju. Chłopcy nie zmienili swoich pozycji, no może poza dwójką na łóżku. Musiałam się nieźle powstrzymywać, by nie wybuchnąć śmiechem. Na ramieniu Leo spał Ney wtulony w jego klatkę. Czym prędzej odnalazłam aparat i zrobiłam im kilka pamiątkowych zdjęć. W ostateczności, gdyby zabrakło mi na chleb sprzedam je do prasy i nieźle się na tym obłowię. Najciszej, jak potrafiłam zabrałam rzeczy do łazienki, aby przygotować się do treningu. Dzisiaj kolejny dzień zgrupowania. Poza dzisiejszym treningiem mamy go jutro, a w piątek gramy mecz kwalifikacyjny do mistrzostw świata. W sumie ja jeszcze nie wiedziałam, czy tam polecę, ale w głębi duszy o tym marzyłam. Mieli być wszyscy moi przyjaciele z klubu, więc i ja chciałam tam być. Wróciłam do pokoju, aby zabrać słuchawki, wtedy chłopcy zaczęli się przebudzać. Geri jako pierwszy otworzył oczy. Widząc na sobie kolegów, zerwał się z podłogi, a tamci zaczęli narzekać, gdyż z samego rana zaliczyli przywitanie z podłogą. Również Marc, kopnięty przez Alexisa się obudził. Obrońca rozejrzał się po pokoju i wybuchł głośnym śmiechem. Oni zrobili to samo. Wszyscy spoglądali na łóżko. Leo przejechał palcami ręce Neymara.
- Jak się spało?- spytał z troską po czym obaj otworzyli oczy, a z ich gardeł wydobył się krzyk. - Dlaczego mnie przytulasz?
- Mógłbym spytać o to samo. Gdzie jest Emi?- zaczęli rozglądać się po pokoju, a piłkarze odsłonili mnie, opierającą się o futryne. Śmiałam się z nich pod nosem, a oni wrogo się na mnie spojrzeli. - Specjalnie to zrobiłaś.
- Wyglądaliście tak uroczo. Sama słodycz.
- Pożałujesz tego.- Leo wskazał na mnie palcem po czym zaczęli się do mnie zbliżać. Przewiesiłam torbę przez ramię i zaczęłam uciekać. Przyniosło mi to dość kiepskie skutki, gdyż dogonili mnie już w przedpokoju, a Leo przerzucił moje biedne ciało przez swoje ramię.
- Leoś, ja muszę iść. Postaw mnie.
- Nie.- ukrócił moje prośby.
- Proszę, nie bądź taki. Nie mogę się spóźnić. Dobrze wiesz, że jutro gramy mecz.
- Okej, ale tylko dlatego, że jutro grasz.- postawił mnie na ziemi. Pocałowałam go w policzek i wyszłam z mieszkania. Na stadionie byłam prawie godzinę później, gdyż dzisiaj były wyjątkowe korki. Całe szczęście, że wyszłam z domu wcześniej. Po dojściu, od razu poszłam się przebrać. Szybko zmieniłam ubranie i nie czekając na dziewczyny wyszłam na boisko. Usiadłam na murawie, co z mojej strony było trochę lekkomyślne bo była ona zimna, a ja mogłam się przeziębić. Oparłam się o jeden ze słupków i przymknęłam powieki. Miałam ciszę, której od wczorajszego poranka mi brakowało. Czasem lubię pobyć w spokoju, odrywając się od świata. Siedzieć i nie myśleć o niczym. Z oddali usłyszałam śmiechy. Podniosłam się, bo zapewne zaraz zaczynamy. Nie pomyliłam się, dziewczyny weszły na boisko, a chwilę później trener.
Siedziałam w tramwaju, którym wracałam do mieszkania dziadków. Jedyne o czym marzyłam to odpoczynek. Już wyobraziłam sobie, jak rzucam torbę w kąt, siadam na kanapie z wyciągniętymi nogami i czytam książkę lub oglądam suchą komedię. Byłam wykończona. Nie miałam siły nawet na zrobienie kilku kroków. Dzisiejszy trening był wyjątkowo męczący. Nawet Alonso nas tak nie męczy. Mogę się tylko domyślać, że Romek chciał nas perfekcyjnie przygotować na jutrzejszy mecz. Wysiadłam z tramwaju i małymi kroczkami szłam w stronę kamienicy. Otworzyłam drzwi od mieszkania. Od razu zaniepokoiła mnie cisza panująca w środku. Nie było tam nikogo. Nie wiedziałam co się stało, ale cieszyłam się z tego. Będę mogła spokojnie poleniuchować. Zrzuciłam torbę, lecz nie dane mi było dokończyć się rozbierać. Zostałam niemal wypchnięta za drzwi. Spojrzałam spod byka na winowajcę tego zdarzenia, a on uśmiechnął się do mnie szeroko, nie robiąc sobie nic z mojej chęci zamordowania go.
- Już tak na mnie nie patrz. Chodź.- pociągnął mnie za sobą do wyjścia z kamienicy.
- Leo stój. Gdzie ty mnie prowadzisz?
- Wszystkiego dowiesz się w swoim czasie.- mrugnął do mnie.
- Ale ja nie mam siły. Jestem wykończona.- jęknęłam, a on długo się nie zastanawiał, wziął mnie na ręce i zaczął nieść. Nie chciałam się z nim kłócić. Nie miałam na to siły, ani ochoty. Grzecznie wtuliłam się w jego szyję, pozwalając mu iść w wybrane miejsce. Przymknęłam powieki, wyłączając się od świata.
Poczułam na policzku krótki pocałunek. Otworzyłam oczy i momentalnie zrozumiałam, że zasnęłam. Zasnęłam w ramionach niosącego mnie Lio. Spojrzałam na niego, jeszcze zaspanymi oczyma. Przetarłam je i ziewnęłam. Spoglądał na mnie z troskliwym uśmiechem.
- Jak miewa się mój śpioch?- zaśmiał się, a ja zmarszczyłam nosek.
- Nie jestem śpiochem.- teatralnie założyłam ręce na piersi.
- A kto spał całą godzinę?- spojrzałam na niego z ogromnym zdziwieniem. Jak to możliwe, że zasnęłam na tak długo. Zawstydziłam się, czując jak moje policzki oblewa czerwień.
- Przez cały ten czas mnie niosłeś?
- Nie, jechaliśmy też trochę pociągiem. MSK, MKS...
- SKM.- poprawiłam go, cicho się śmiejąc. Rozejrzałam się wokoło, aby spróbować odgadnąć, gdzie jesteśmy. Siedzieliśmy nieopodal mostu, tuż przy Wiśle. Prawdę mówiąc jestem tu pierwszy raz. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się tu być. Może dlatego, że wolałam chodzić do klubów, czy na domówki ze znajomymi.
- Jak znalazłeś to miejsce?- spytałam pełna podziwu.
- Twój dziadek mi je pokazał, gdy byłaś na treningu. Powiedział, że zawsze zabierał tam twoją babcię.- znów się rozejrzałam. Miejsce było naprawdę magiczne. Zaczynało się tu robić zielono, a pod naszymi nogami był piasek. Widać, że nikt tu nie przychodzi. Właśnie dlatego kocham dzikie plaże. Przytuliłam go mocno, a później oparłam się o niego, a on objął mnie ramieniem.
- Dziękuję.
- Za co?
- Że mnie tu zabrałeś.- popatrzyłam w jego piękne, czekoladowe tęczówki, których tak długo nie dane mi było oglądać.
Przesiedzieliśmy tam godzinę, może mniej, może więcej. Sama nie wiem, bo jak to mówi stare przysłowie "Szczęśliwi czasu nie liczą." a taka właśnie teraz się czułam. Leo zabrał mnie na dalszy spacer. Tym razem już nie byłam przez niego noszona. Nie zgodziłam się, choć kilka razy mnie namawiał. Zaprowadził mnie na starówkę. Były w tym dwa cudowne aspekty. Pierwszy to taki, że jestem pod wrażeniem, jak to zorganizował. Sam mnie tam zaprowadził, nie zgubił się, nie pytał o drogę. Drugi był trochę inny. Mimo że wiele razy tu bywałam, bo nieraz uciekało się z lekcji właśnie tutaj, aby pokręcić się po starych uliczkach, lub zjeść gofry, to poczułam wyjątkowość tego miejsca. Byłam tu z kimś kogo kochałam. Poczułam jak do oczu napływają mi łzy. Otarłam je rękawem bluzy, aby piłkarz niczego nie zauważył. Gdy nasze dłonie otarły się o siebie, splótł nasze palce. Tęskniłam za każdym rodzajem okazywania sobie czułości, a w szczególności za nim. Weszliśmy do pijalni E. Wedla. Kiedy nastała nasza kolej zaczął dialog z młodą dziewczyną.
- Buenos días...- zaczął po hiszpańsku, a studentka spojrzała na niego dziwnie. Uśmiechnęła się sztucznie. Zauważyłam, że nie potrafi hiszpańskiego. Bez wahania zaczęłam ratować sytuację.
- Dzień dobry chcieliśmy zamówić...- w tym właśnie momencie nie wiedziałam co powiedzieć, bo przecież nie znałam jego planów. Pociągnęłam go za rękaw i szeptem spytałam o zamówienie. Pokazał mi palcem, gdyż nie umiał przeczytać polskich liter, a ja dokończyłam zamówienie. Po odebraniu kubków z gorącą czekoladą wyszliśmy z lokalu.
- Cały czas zastanawiam się, co ty kombinujesz.- zaśmiałam się do niego, upijając kolejny łyk ciepłego napoju.
- Ja niczego nie kombinuję.- rozłożył ręce w geście niewinności.
Dochodziła już 19, powoli zaczynało się robić ciemno i zimno. Zatrzymaliśmy się nieopodal kolumny Zygmunta. Staliśmy przy barierce, mając widok na oświetlony stadion narodowy. Wokół nas nie było prawie nikogo. Pojedyncze osoby szły z jednego miejsca w drugie. Podszedł do nas starszy mężczyzna w kapeluszu z wiklinowym koszykiem pełnym róż.
- Może kupi Pan kwiatka dla pięknej pani?- zaczepił nas,  jak to zwykle ma w zwyczaju. Leo od razu domyślił się o co chodziło. Wyjął z portfela banknot, podarowując go sprzedawcy. Tamten najwidoczniej zdziwiony kwotą oddał cały swój dobytek zagranicznemu klientowi.
- Mam dla pani kwiaty równie piękne jak pani. Ale zanim je podaruję czekam na nagrodę.- wskazał palcem na policzek, gdzie po chwili znalazły się moje usta. Oboje się uśmiechnęliśmy, a następnie zostałam obdarowana blisko pięćdziesięcioma różami.
- Dziękuję miłemu panu.- zaśmiałam się cicho. Staliśmy naprzeciwko, patrząc sobie w oczy. Delikatnie wspięłam się na palce i musnęłam jego wargi. Widziałam zdziwienie, które wymalowało się na jego twarzy. Nie spodziewał się tego, ale ja również zrobiłam to spontanicznie. Nachylił się nade mną, całując moje wargi czulej. Po chwili oderwał się ode mnie z wyraźnym zakłopotaniem.
- Przepraszam.- spuścił wzrok, wpatrując się w czubki naszych butów. Położyłam dłoń na jego twarzy.
- Nie masz za co. Już wszystko jest w porządku.- uśmiechnęłam się pokrzepiająco, a on spojrzał w moje oczy.
- Naprawdę?
- Tak.- zaśmiałam się wtulając w jego ciało.
Do domu wróciliśmy już po pół godzinie. W mieszkaniu byli zaginieni muszkieterowie oraz dziadkowie. Przywitały nas śmiechy wszystkich obecnych w salonie, włącznie z babcią. Gdy tylko pojawiliśmy się w przejściu, od razu nas zauważyli.
- Okradłeś kwiaciarnię?- zaśmiał się Pique, do którego dołączyła reszta.
- A może wykupił całe przydrożne stoisko.- dodał Ney.
Wieczór spędziliśmy podobnie do wczorajszego, z tą różnicą, że dzisiaj obyło się bez wykradania nalewek dziadka. Świetnie się bawiliśmy, a śmiechom nie było końca...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz