sobota, 28 lutego 2015

Rozdział 19 "Ney, naleśnik ci się pali!"

Radość jest jak kamień, który wrzucony do wody zatacza coraz większe kręgi.

Obudził mnie stukot kropel deszczu, które spadały na parapet. Poczułam dziwną swobodę ruchów i powoli otworzyłam powieki. Rozejrzałam się wokoło, lecz nigdzie nie zauważyłam piłkarzy. Przez moment pomyślałam, że może wrócili do Hiszpanii. Lecz to było raczej niemożliwe, mówili, że lecą ze mną. Przeciągnęłam się w każdą stronę i z artystycznym nieładem na głowie wyszłam z pokoju. Usłyszałam jak naczynia obijają się o siebie, już wiedziałam, gdzie podziali się moi goście. Tylko jak udało im się wejść do królestwa mojej babci. Nawet mi rzadko zdarzało się tam coś gotować. Chcąc zobaczyć, co się tam dzieje, skierowałam się do kuchni. Stanęłam w przejściu, uważnie się im przyglądając. Wyglądali mega zabawnie, szczególnie Neymar w fartuszku babci. Zachichotałam cichutko, co zwróciło na mnie ich uwagę. Dziewięć par oczu zwróciło się na mnie, a ja natychmiast pozbyłam się uśmiechu. 
- Śmiejesz się z nas?!- Brazylijczyk wskazał na mnie czymś, co miało służyć zapewne do przewracania naleśników.
- Ney, naleśnik ci się pali!- pokazałam palcem na patelnię, chwilę później napastnik wyrzucał resztki spalonego ciasta. Babcia wepchnęła się między nich i zabrała patelnię zdezorientowanemu piłkarzowi.
- Wyjdźcie mi stąd.- pogroziła im palcem, a ja głośno się zaśmiałam. Wiedziałam, że tak to się skończy. W mieszkaniu rozległ się jęk zawiedzenia.
Cały dzień spędziłam w towarzystwie piłkarzy. Było to świetnie spędzone kilka godzin. Około 18 ze spakowaną torbą wyszłam na stadion. Gramy dzisiaj w eliminacjach do mistrzostw Świata. Zapewne nie zagram dziś nawet minuty, ale cieszę się, że chociaż zobaczę jak to wygląda "od szatni". Jeszcze nie zgrałam się z drużyną więc, nie mogę oczekiwać stałego miejsca. Może kiedyś przyjdzie na mnie taki czas. Nie będę się tym teraz przejmować. Dzisiaj przed nami Norweszki. Kilka razy były już w finale, więc napewno nie obędzie się bez problemów.
Dziewczyny stały w tunelu, gotowe do wyjścia na murawę. Podeszłam do nich, aby życzyć im powodzenia. Uścisnęłam je, po czym z resztą rezerwowych usiadłam na ławce. Niedługo później pojawiły się na murawie. Zagrano hymny obu państw, kapitanki wybrały połowy i spotkanie mogło się rozpocząć.
Zdecydowanie nie był to ich mecz, bynajmniej nie pierwsza połowa, która zakończyła się wynikiem 1:0 dla gości. Bramka padła w dwudziestej trzeciej minucie, po kontrze. Nie byłam szczęśliwa z tego powodu, ale nie tylko ja. Wszystkie byłyśmy przybite. W szatni dziewczyny dostały musztrę, i po piętnastu minutach z powrotem wybiegły na boisko pełne woli walki. Miałam dość bezczynności. Najchętniej zagrałabym z nimi.
Siedziałam na fotelu i szczerze mówiąc byłam już znudzona. Dziewczyny rzeczywiście się starały, ale brak im było świeżości. Nagle trener podszedł do ławki.
- Borkowska, rozgrzewaj się.- zwrócił się do mnie, a ja gdybym mogła spadłabym z krzesła. Byłam w szoku, nie spodziewałam się tego. Posłusznie wykonałam jego polecenie. Zdjęłam kurtkę i poszłam biegać wzdłuż bocznej linii. Po kilku minutach weszłam na boisko, zastępując Amelię. Nie wiem ile czasu minęło, straciłam jego poczucie wraz z podniesieniem się z ławki. Niedługo potem biegłam z piłką, dwie Norweszki zablokowały mnie więc okiwałam jedną z nich i podałam do Anki, która nadbiegała ze środka. Bez problemu ją przyjęła, przebiegła jeszcze kilka metrów i wpakowała futbolówkę do siatki. Podbiegłam do niej jako pierwsza, rzucając się jej na szyję. Była 78 minuta i remis 1:1. Jeszcze miałyśmy szanse. Wystarczy jedna dobra akcja. Chwilę później przeciwniczki przystąpiły do kontrataku. Jedna z nich skierowała piłkę do naszej bramki, lecz dzięki wspaniałej interwencji Igi pozostał stary wynik. Minęło dziesięć minut, a my nie potrafiłyśmy wykreować żadnej sensownej akcji. Nagle zobaczyłam Olę z piłką, po mojej lewej. Podała do Sylwii, a ta do Michalskiej. Ostatnia skierowała piłkę wprost pod moje nogi. Byłam sam na sam z bramkarką. Nie pozostało mi nic innego jak strzał. Kopnęłam futbolówkę lekko ją podkręcając i patrzyłam na tor jej lotu. Zatrzepotała w siatce, a na trybunach rozległa się wrzawa. Zrobiłam salto, a kilka sekund później poczułam na sobie ciężar koleżanek. Wszystkie mi gratulowały. Gdy zrobiło się luźnej podbiegłam do kamery pokazując "L" ułożone z palców. Bramkę zadedykowałam Leo, tak jak mu obiecałam. Trzy minuty później sędzia odgwizdał koniec. Dziewczyny podniosły mnie i zaczęły podrzucać.
- Hip hip? Hura! Hip hip? Hura!- słyszałam ich krzyk radości. Nagle obok nich ujrzałam znajomych piłkarzy. Nie byli to Lewandowski, czy Szczęsny, byli to moi przyjaciele. Współzawodniczki postawiły mnie na ziemi. Niewiele myśląc pobiegłam do Leo i skoczyłam na niego oplatając jego biodra nogami, a szyję ramionami. Nie czekałam aż coś powie, bez namysłu go pocałowałam. Wśród tych wszystkich ludzi, kamer i fleszy. Nie liczyło się nic, po prostu byłam szczęśliwa. Rozłączyłam nasze usta, chwilę patrząc na jego minę. Był zaskoczony, ale byłam pewna, że pozytywnie.
- Zadedykowałam ci bramkę.- uśmiechnęłam się, stając na murawie.
- Widziałem, dziękuję.- pocałował mnie w policzek. Nasza romantyczna chwila nie trwała długo, gdyż dziewczyny pociągnęły mnie za koszulkę do szatni. Usiadłam na podłodze, opierając głowę o szafkę.
- Jesteś genialna.
- To dzięki tobie nam się udało.- usłyszałam głosy, które były skierowane do mnie.
- Co?!- spytałam oderwana od rzeczywistości.
- Emilia jesteś geniuszem.- podeszła do mnie Anka, po czym położyła się na moich nogach. - Takiej osoby nam tu brakowało.
- Bez przesady.- machnęłam ręką.
- Nie bądź taka skromna. Ja już widziałam cię w akcji podczas meczu z nami. Nie wiem gdzie byłaś przez wcześniejsze lata, ale to szczęście, że cię mamy.- uśmiechnęła się, patrząc na mnie.
- Michalska przystopuj z kompletami bo popadnę w samozachwyt.- potargałam jej włosy. Zmroziła mnie wzrokiem, a ja głośno się zaśmiałam.
- Nie wiem, czy wiesz, ale jutro będziesz sławna.
- Ja?
- Nie, ja.- przekręciła oczami. - Pocałowałaś Messiego na oczach tysięcy ludzi!
- Ups...- to jedyne co potrafiłam powiedzieć. Zupełnie o tym zapomniałam. - Całe szczęście, że jutro wracam do Hiszpanii.
- W takim razie idziemy zaszaleć.- Iga rzuciła we mnie ręcznikiem, który wyjęła ze swojej torby, aby wytrzeć włosy po kąpieli.
- Przepraszam, ale ja chyba nie dam rady.
- Nie ma mowy. Idziesz z nami, czy tego chcesz, czy nie.
- Ale...
- Idź się umyj, umaluj bo do domu wracamy tylko żeby odłożyć torby.- drużynowa "1" popchnęła mnie po prysznic.
- Ale ja nie mogę...- jęknęłam. - Co ja z nimi zrobię?
- Zabierzesz ich z nami.
- Jak wy to sobie wyobrażacie? Dziewięciu piłkarzy z Barcelony w warszawskim klubie.
- Faktycznie, nie za dobry pomysł.- zamyśliła się Iga.
- To zrobimy domówkę na szybko. W sumie jest nas sporo, będziemy w swoim gronie.- zaproponowała Michalska z pianą na głowie. - U mnie, czy u ciebie?- zwróciła się do bramkarki. - Podaj mi ręcznik!
- Do ciebie jest bliżej.- stwierdziła rzucając chłonnym materiałem. Ja również zakręciłam wodę i owinęłam się szczelnie ręcznikiem. Nagle zadzwonił mój telefon. Nim zdążyłam do niego dobiec, Iga przyłożyła go do ucha. - Halo... Nie, to nie Emilka... Tak Iga... Myją się... Nie Neymar, nie możecie wejść... Nie proś, bo i tak się nie zgodzę... Nawet nie próbuj... Co?!... Nie!... Jeszcze pięć minut... Nasze pięć minut jest długie? Ciekawa jestem, ile czasu układasz włosy... Uważaj bo ci uwierzę... Czekajcie tam spokojnie, bo mamy dla was propozycję... Nie striptiz... Jesteś nienormalny...- zakończyła rozmowę, a ja już nie mogłam wytrzymać. Śmiałam się tak głośno, że zaczął mnie boleć brzuch. - Ruchy dziewczynki, panowie czekają.- klasnęła w ręce. Gotowe byłyśmy już piętnaście minut później. Całą grupą wyszłyśmy z szatni. Pogratulowali mi meczu, gdyż wcześniej nie mieli okazji.
- Panowie co powiecie na małą imprezę?- zgodnie pokiwali głowami. - W takim razie idziemy.- uśmiechnęła się Michalska i ruszyła w stronę wyjścia.
W domu piłkarki byliśmy może pół godziny później. Po drodze zrobiliśmy małe zakupy.
- Pytanie czy wyzwanie?- spojrzał na mnie Pique. Właśnie gramy w butelkę, a ja jestem postawiona pod ścianą.
- Pewnie odda ciuchy.- zagwizdał Alexis, za co spiorunowałam go wzrokiem. Faktycznie nie wiedziałam co robić. Jeśli zgodzę się na pytanie, Gerard spyta o Leo i pikantne szczegóły, których w zasadzie nie ma. Na samą myśl o wyzwaniu przechodzą mnie ciarki, ale jeśli się nie zdecyduję będę musiała zapewne oddać bluzkę, a tego nie chcę. Nagle Neymar zaczął naśladować werble.
- Siedź cicho bo dołożę ci książek.- powiedziałam do piłkarza, który miał na głowie kilka grubych tomów encyklopedii. Spojrzałam na Leo, który leżał owinięty kocem niczym koron. Uśmiechnął się, aby dodać mi otuchy.
- Okej wyzwanie.- zadecydowałam. Spojrzałam na Pique, od razu pożałowałam swojego wyboru.
- Idziesz do szafy z Bartrą.- zaśmiał się głośno, ruszając znacząco brwiami.
- Nie! Nie zgadzam się! Odwołaj to!- zaczął krzyczeć Leo. Spojrzałam na Bartrę, a on na mnie, byliśmy przerażeni. - Ona nie będzie wchodziła do żadnej szafy.- Przysunęłam się do Gerarda i oparłam głowę o jego ramię.
- Geri nie bądź taki.- zatrzepotałan rzęsami. Widziałam, że zaczął ze sobą walczyć. - Proszę, proszę, proszę...
- Nie mogę ci ustąpić chyba, że wymyślę coś gorszego.- przez chwilę zastanawiał się nad nowym wyzwaniem, a ja czułam się jakbym zaraz szła na pewną śmierć. - Okej, nie będziesz siedziała w szafie. Wyjdź na ulicę i umyj ręce w kałuży krzycząc "Nie mam w domu kranu".- Spojrzałam na niego wzrokiem, który gdyby mógł zabiłby go w minutę. W sumie lepsze to niż siedzenie z Marciem w szafie. Nie żebym miała coś do Bartry, co to, to nie. Jest świetnym chłopakiem, ale oboje mamy drugie połówki i nie chcę żeby coś sobie pomyśleli. Mogłyby wyniknąć z tego nieporozumienia.
Wyszliśmy przed blok, gdzie zgodnie z obietnicą myłam ręce, krzycząc, że nie mam w domu kranu. Mieliśmy szczęście, że nikt z sąsiadów nie zadzwonił na policję, w takim przypadku izba wytrzeźwień byłaby tej nocy nasza. Popatrzyłam na znajomych, którzy głośno się śmiali. Nawet Leo mógł wyjść bez koca.
- Jeszcze tego pożałujesz.- wskazałam palcem na Gerarda, który prawie leżał na ziemi. Wróciliśmy do mieszkania, gdzie mogliśmy dokończyć grę. Tym razem to ja miałam szczęście, mogąc kręcić butelką. Mocno zakręciłam przedmiotem, który po dość długim czasie zatrzymał się na Pique. Uśmiechnęłam się cwaniacko, pocierając o siebie dłonie.
- No Geri co wybierasz, pytanie czy wyzwanie?
- Wyzwanie.- długo się nie zastanawiał, a ja miałam już mały plan.
- Anka masz może jeszcze kota?- spytałam blondynki.
- Mam.- odpowiedziała zdezorientowana.
- W takim razie Geri zjedz trochę karmy.- posłałam mu złowieszczy uśmiech, a gospodyni przyniosła kilka suchych chrupek. - Smacznego.- wziął jedno do ręki, obejrzał z każdej strony po czym włożył do buzi.
- Wiecie, że to nie jest takie złe. Ma trochę specyficzny smak, ale gdybym głodował...- Wszyscy głośno się roześmialiśmy. Tej nocy śmiechom i żartom nie było końca.



Rozdział 18 "Okradłeś kwiaciarnię?"

Dżen­telmen nie wy­sadza drzwi do ko­biece­go ser­ca po­całun­kiem. Naj­pierw ot­wiera je uśmiechem. 

Obudziłam się dość wcześnie. Poranne słońce wpadało przez szczeliny żaluzji, miło ogrzewając moją twarz. Uśmiechnęłam się, a następnie otworzyłam powoli oczy. Widok, który zobaczyłam trochę mnie przeraził. Wciąż nie mogłam uwierzyć, że przylecieli do Polski specjalnie dla mnie. Prawie cała drużyna. Całe szczęście, że mają małą przerwę. Wytrąciłam się z opowiadania o tym co zobaczyłam... Żałujcie, że tego nie widzicie. Na moim łóżku spały trzy osoby, a mianowicie ja byłam wtulona w Leo i spalam na jego klatce piersiowej, a Ney wtulił się we mnie. Na podłodze spała reszta piłkarzy. W poprzek leżał Pique, a na jego brzuchu spali Andres z Xavim, a na jego nogach spali Tello oraz Alexis. Najbardziej rozbawił mnie Bartra, który leżał samotnie w kącie pokoju, zwinięty w kulkę niczym kotek. Delikatnie wyswobodziłam się z uścisku moich dwóch panów po czym powędrowałam do kuchni. W środku krzątała się babcia. Przywitałam się z nią i usiadłam przy stole, jednocześnie podpierając głowę na dłoniach. Wczorajszego wieczoru chłopcy ukradli mojemu dziadkowi nalewkę i oczywiście się nią raczyli, ja tylko spróbowałam. W końcu ktoś musiał ich pilnować. Iniesta jako znawca win uznał, że mój dziadek ma talent i z chęcią spyta o proporcje. Podczas popijania trunku rozmawialiśmy i śmialiśmy się niemal z każdego słowa. W pewnym momencie nawet zaczął boleć mnie brzuch. 
Babcia postawiła przede mną talerz z kanapkami. Pochyliłam się nad nimi, a do moich nosdrzy doleciał piękny zapach ciepłych bułeczek.
- Zmieściliście się w pokoju?- przerwała ciszę, która panowała w kuchni.
- Jakoś nam się udało.- zaśmiałam się cicho wspominając piłkarzy. Wymieniłam z babcią jeszcze kilka zdań, dokończyłam kanapki, dopiłam herbatę z cytryną, po czym wróciłam do pokoju. Chłopcy nie zmienili swoich pozycji, no może poza dwójką na łóżku. Musiałam się nieźle powstrzymywać, by nie wybuchnąć śmiechem. Na ramieniu Leo spał Ney wtulony w jego klatkę. Czym prędzej odnalazłam aparat i zrobiłam im kilka pamiątkowych zdjęć. W ostateczności, gdyby zabrakło mi na chleb sprzedam je do prasy i nieźle się na tym obłowię. Najciszej, jak potrafiłam zabrałam rzeczy do łazienki, aby przygotować się do treningu. Dzisiaj kolejny dzień zgrupowania. Poza dzisiejszym treningiem mamy go jutro, a w piątek gramy mecz kwalifikacyjny do mistrzostw świata. W sumie ja jeszcze nie wiedziałam, czy tam polecę, ale w głębi duszy o tym marzyłam. Mieli być wszyscy moi przyjaciele z klubu, więc i ja chciałam tam być. Wróciłam do pokoju, aby zabrać słuchawki, wtedy chłopcy zaczęli się przebudzać. Geri jako pierwszy otworzył oczy. Widząc na sobie kolegów, zerwał się z podłogi, a tamci zaczęli narzekać, gdyż z samego rana zaliczyli przywitanie z podłogą. Również Marc, kopnięty przez Alexisa się obudził. Obrońca rozejrzał się po pokoju i wybuchł głośnym śmiechem. Oni zrobili to samo. Wszyscy spoglądali na łóżko. Leo przejechał palcami ręce Neymara.
- Jak się spało?- spytał z troską po czym obaj otworzyli oczy, a z ich gardeł wydobył się krzyk. - Dlaczego mnie przytulasz?
- Mógłbym spytać o to samo. Gdzie jest Emi?- zaczęli rozglądać się po pokoju, a piłkarze odsłonili mnie, opierającą się o futryne. Śmiałam się z nich pod nosem, a oni wrogo się na mnie spojrzeli. - Specjalnie to zrobiłaś.
- Wyglądaliście tak uroczo. Sama słodycz.
- Pożałujesz tego.- Leo wskazał na mnie palcem po czym zaczęli się do mnie zbliżać. Przewiesiłam torbę przez ramię i zaczęłam uciekać. Przyniosło mi to dość kiepskie skutki, gdyż dogonili mnie już w przedpokoju, a Leo przerzucił moje biedne ciało przez swoje ramię.
- Leoś, ja muszę iść. Postaw mnie.
- Nie.- ukrócił moje prośby.
- Proszę, nie bądź taki. Nie mogę się spóźnić. Dobrze wiesz, że jutro gramy mecz.
- Okej, ale tylko dlatego, że jutro grasz.- postawił mnie na ziemi. Pocałowałam go w policzek i wyszłam z mieszkania. Na stadionie byłam prawie godzinę później, gdyż dzisiaj były wyjątkowe korki. Całe szczęście, że wyszłam z domu wcześniej. Po dojściu, od razu poszłam się przebrać. Szybko zmieniłam ubranie i nie czekając na dziewczyny wyszłam na boisko. Usiadłam na murawie, co z mojej strony było trochę lekkomyślne bo była ona zimna, a ja mogłam się przeziębić. Oparłam się o jeden ze słupków i przymknęłam powieki. Miałam ciszę, której od wczorajszego poranka mi brakowało. Czasem lubię pobyć w spokoju, odrywając się od świata. Siedzieć i nie myśleć o niczym. Z oddali usłyszałam śmiechy. Podniosłam się, bo zapewne zaraz zaczynamy. Nie pomyliłam się, dziewczyny weszły na boisko, a chwilę później trener.
Siedziałam w tramwaju, którym wracałam do mieszkania dziadków. Jedyne o czym marzyłam to odpoczynek. Już wyobraziłam sobie, jak rzucam torbę w kąt, siadam na kanapie z wyciągniętymi nogami i czytam książkę lub oglądam suchą komedię. Byłam wykończona. Nie miałam siły nawet na zrobienie kilku kroków. Dzisiejszy trening był wyjątkowo męczący. Nawet Alonso nas tak nie męczy. Mogę się tylko domyślać, że Romek chciał nas perfekcyjnie przygotować na jutrzejszy mecz. Wysiadłam z tramwaju i małymi kroczkami szłam w stronę kamienicy. Otworzyłam drzwi od mieszkania. Od razu zaniepokoiła mnie cisza panująca w środku. Nie było tam nikogo. Nie wiedziałam co się stało, ale cieszyłam się z tego. Będę mogła spokojnie poleniuchować. Zrzuciłam torbę, lecz nie dane mi było dokończyć się rozbierać. Zostałam niemal wypchnięta za drzwi. Spojrzałam spod byka na winowajcę tego zdarzenia, a on uśmiechnął się do mnie szeroko, nie robiąc sobie nic z mojej chęci zamordowania go.
- Już tak na mnie nie patrz. Chodź.- pociągnął mnie za sobą do wyjścia z kamienicy.
- Leo stój. Gdzie ty mnie prowadzisz?
- Wszystkiego dowiesz się w swoim czasie.- mrugnął do mnie.
- Ale ja nie mam siły. Jestem wykończona.- jęknęłam, a on długo się nie zastanawiał, wziął mnie na ręce i zaczął nieść. Nie chciałam się z nim kłócić. Nie miałam na to siły, ani ochoty. Grzecznie wtuliłam się w jego szyję, pozwalając mu iść w wybrane miejsce. Przymknęłam powieki, wyłączając się od świata.
Poczułam na policzku krótki pocałunek. Otworzyłam oczy i momentalnie zrozumiałam, że zasnęłam. Zasnęłam w ramionach niosącego mnie Lio. Spojrzałam na niego, jeszcze zaspanymi oczyma. Przetarłam je i ziewnęłam. Spoglądał na mnie z troskliwym uśmiechem.
- Jak miewa się mój śpioch?- zaśmiał się, a ja zmarszczyłam nosek.
- Nie jestem śpiochem.- teatralnie założyłam ręce na piersi.
- A kto spał całą godzinę?- spojrzałam na niego z ogromnym zdziwieniem. Jak to możliwe, że zasnęłam na tak długo. Zawstydziłam się, czując jak moje policzki oblewa czerwień.
- Przez cały ten czas mnie niosłeś?
- Nie, jechaliśmy też trochę pociągiem. MSK, MKS...
- SKM.- poprawiłam go, cicho się śmiejąc. Rozejrzałam się wokoło, aby spróbować odgadnąć, gdzie jesteśmy. Siedzieliśmy nieopodal mostu, tuż przy Wiśle. Prawdę mówiąc jestem tu pierwszy raz. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się tu być. Może dlatego, że wolałam chodzić do klubów, czy na domówki ze znajomymi.
- Jak znalazłeś to miejsce?- spytałam pełna podziwu.
- Twój dziadek mi je pokazał, gdy byłaś na treningu. Powiedział, że zawsze zabierał tam twoją babcię.- znów się rozejrzałam. Miejsce było naprawdę magiczne. Zaczynało się tu robić zielono, a pod naszymi nogami był piasek. Widać, że nikt tu nie przychodzi. Właśnie dlatego kocham dzikie plaże. Przytuliłam go mocno, a później oparłam się o niego, a on objął mnie ramieniem.
- Dziękuję.
- Za co?
- Że mnie tu zabrałeś.- popatrzyłam w jego piękne, czekoladowe tęczówki, których tak długo nie dane mi było oglądać.
Przesiedzieliśmy tam godzinę, może mniej, może więcej. Sama nie wiem, bo jak to mówi stare przysłowie "Szczęśliwi czasu nie liczą." a taka właśnie teraz się czułam. Leo zabrał mnie na dalszy spacer. Tym razem już nie byłam przez niego noszona. Nie zgodziłam się, choć kilka razy mnie namawiał. Zaprowadził mnie na starówkę. Były w tym dwa cudowne aspekty. Pierwszy to taki, że jestem pod wrażeniem, jak to zorganizował. Sam mnie tam zaprowadził, nie zgubił się, nie pytał o drogę. Drugi był trochę inny. Mimo że wiele razy tu bywałam, bo nieraz uciekało się z lekcji właśnie tutaj, aby pokręcić się po starych uliczkach, lub zjeść gofry, to poczułam wyjątkowość tego miejsca. Byłam tu z kimś kogo kochałam. Poczułam jak do oczu napływają mi łzy. Otarłam je rękawem bluzy, aby piłkarz niczego nie zauważył. Gdy nasze dłonie otarły się o siebie, splótł nasze palce. Tęskniłam za każdym rodzajem okazywania sobie czułości, a w szczególności za nim. Weszliśmy do pijalni E. Wedla. Kiedy nastała nasza kolej zaczął dialog z młodą dziewczyną.
- Buenos días...- zaczął po hiszpańsku, a studentka spojrzała na niego dziwnie. Uśmiechnęła się sztucznie. Zauważyłam, że nie potrafi hiszpańskiego. Bez wahania zaczęłam ratować sytuację.
- Dzień dobry chcieliśmy zamówić...- w tym właśnie momencie nie wiedziałam co powiedzieć, bo przecież nie znałam jego planów. Pociągnęłam go za rękaw i szeptem spytałam o zamówienie. Pokazał mi palcem, gdyż nie umiał przeczytać polskich liter, a ja dokończyłam zamówienie. Po odebraniu kubków z gorącą czekoladą wyszliśmy z lokalu.
- Cały czas zastanawiam się, co ty kombinujesz.- zaśmiałam się do niego, upijając kolejny łyk ciepłego napoju.
- Ja niczego nie kombinuję.- rozłożył ręce w geście niewinności.
Dochodziła już 19, powoli zaczynało się robić ciemno i zimno. Zatrzymaliśmy się nieopodal kolumny Zygmunta. Staliśmy przy barierce, mając widok na oświetlony stadion narodowy. Wokół nas nie było prawie nikogo. Pojedyncze osoby szły z jednego miejsca w drugie. Podszedł do nas starszy mężczyzna w kapeluszu z wiklinowym koszykiem pełnym róż.
- Może kupi Pan kwiatka dla pięknej pani?- zaczepił nas,  jak to zwykle ma w zwyczaju. Leo od razu domyślił się o co chodziło. Wyjął z portfela banknot, podarowując go sprzedawcy. Tamten najwidoczniej zdziwiony kwotą oddał cały swój dobytek zagranicznemu klientowi.
- Mam dla pani kwiaty równie piękne jak pani. Ale zanim je podaruję czekam na nagrodę.- wskazał palcem na policzek, gdzie po chwili znalazły się moje usta. Oboje się uśmiechnęliśmy, a następnie zostałam obdarowana blisko pięćdziesięcioma różami.
- Dziękuję miłemu panu.- zaśmiałam się cicho. Staliśmy naprzeciwko, patrząc sobie w oczy. Delikatnie wspięłam się na palce i musnęłam jego wargi. Widziałam zdziwienie, które wymalowało się na jego twarzy. Nie spodziewał się tego, ale ja również zrobiłam to spontanicznie. Nachylił się nade mną, całując moje wargi czulej. Po chwili oderwał się ode mnie z wyraźnym zakłopotaniem.
- Przepraszam.- spuścił wzrok, wpatrując się w czubki naszych butów. Położyłam dłoń na jego twarzy.
- Nie masz za co. Już wszystko jest w porządku.- uśmiechnęłam się pokrzepiająco, a on spojrzał w moje oczy.
- Naprawdę?
- Tak.- zaśmiałam się wtulając w jego ciało.
Do domu wróciliśmy już po pół godzinie. W mieszkaniu byli zaginieni muszkieterowie oraz dziadkowie. Przywitały nas śmiechy wszystkich obecnych w salonie, włącznie z babcią. Gdy tylko pojawiliśmy się w przejściu, od razu nas zauważyli.
- Okradłeś kwiaciarnię?- zaśmiał się Pique, do którego dołączyła reszta.
- A może wykupił całe przydrożne stoisko.- dodał Ney.
Wieczór spędziliśmy podobnie do wczorajszego, z tą różnicą, że dzisiaj obyło się bez wykradania nalewek dziadka. Świetnie się bawiliśmy, a śmiechom nie było końca...


Rozdział 17 "Nie kupię żadnych garnków, nie biorę pożyczek, nie pomagam biednym, do widzenia."

Życie jest niep­rze­widy­wal­ne. Szy­kuje dla mnie nies­podzian­ki choć nie mam urodzin. 

Obudziłam się kilka minut po 11. Poczułam cudowny zapach przepysznych naleśników babci. Podobno dodawała jakiś tajemniczy składnik, którego nikomu nie chciała wyjawić. Być może dlatego miały tak nieziemski smak. Ziewnęłam i przyciągnęłam się we wszystkie strony po czym ruszyłam w kierunku kuchni. Gdy tam doszłam zobaczyłam babunię, która piekła wyżej wymienione placki. Usiadłam przy stole zastawionym najróżniejszymi dżemami oraz konfiturami jej roboty. Możecie wierzyć lub nie, ale jest świetną kucharką, jak i gospodynią, a jej dzieła to istne cuda. Masz ochotę jeść i nigdy nie przestawać.
- Jak się spało? Wypoczęłaś po podróży?
- Spałam dobrze, jak nigdy od dłuższego czasu. Chyba tego mi brakowało.
- Przygotowałam twoje ulubione naleśniki.- postawiła obok mnie talerz.
- Dziękuję babciu.- odpowiedziałam po czym zaczęłam zaczęłam smarować je dżemem i jeść.
- Tata nie za wiele nam powiedział o twoim przyjeździe. Jedynie tyle żebyśmy odebrali cię z lotniska. Stało się coś poważnego?
- Nie babciu, to nic takiego. Pokłóciłam się z matką. Poza tym i tak bym przyleciała za dwa dni, bo zaczynam zgrupowanie z polską kadrą piłki nożnej kobiet.
- Jednak wciąż grasz.
- Nawet nie spodziewałam się, że tak to pokocham.
- O co tym razem pokłóciłaś się z Anną?
- O wszystko, powiedziałam jej to co od dawna leżało mi na sercu.
- Mówiłam Bartkowi żeby się z nią nie wiązał.
- Nie ma sensu rozpamiętywać. W sumie dzięki nim jesteśmy my - Adam i ja.
- No już nie ważne. Co będziesz dziś robiła?
- Wyjdę na starówkę, dawno mnie tu nie było. Musze koniecznie to nadrobić. Pospaceruję, pomyślę.

~*~

Strasznie się cieszyłem, że ją odzyskałem. Jest dla mnie całym światem i szczerze powiedziawszy nie wiem, co bym teraz robił, gdyby miał nie wybaczyła. Ten mecz koszykówki wszystko zmienił, a czas spędzony później był jeszcze lepszy. Tęskniłem za nią i mimo że jeszcze nie mogłem jej swobodnie przytulić cieszyłem się każdym jej uśmiechem, a nawet spojrzeniem. Przy niej wszystko nabierało kolorowych barw. Dzisiaj miałem w planach zabrać ją do jednego z najpiękniejszych miejsc, jakie znam w Barcelonie. Chciałem by wszystko wróciło do normy.
- A ty co się tak śmiejesz, jak głupi do sera?
- Nie przeszkadzaj mu. Pewnie planuje randkę.
- Żebyś wiedział, takie właśnie mam plany.
- To się spóźniłeś.
- Jak to?
- Od rana krążą plotki, że wyjechała z miasta. Co prawda nikt jej nie widział, ani na lotnisku, ani na treningu, który przecież skończył się godzinę temu. W dodatku Alonso jest jakiś zły. Chodzi po ośrodku i nerwowo szepta coś pod nosem.- po słowach Gerarda niemal wybiegłem z szatni. W mokrych włosach i niekompletnie ubranym wpadłem jak oszalały do gabinetu doktora Borkowskiego. Spojrzał na mnie znad okularów.
- Czy to prawda, że Emilia wyjechała?
- Po co chcesz to wiedzieć?
- Bo ją kocham i się martwię.- patrzył na mnie jeszcze przez moment. Chyba bił się z myślami.
- Naprawdę kochasz moją córkę?
- Tak.
- Ale będziesz się o nią troszczył?
- Oczywiście, jest moim oczkiem w głowie.
- Ach, chyba mogę ci to powiedzieć... Emilia wyjechała do Polski. Pokłóciła się z matką.
- Wróci?
- O to się nie martw. Powinna pojawić się tu za kilka dni może kilkanaście. Jutro zaczyna zgrupowanie.
- Dostała powołanie?
- Tak, wczoraj nad ranem.
- Panie doktorze mam ogromną prośbę.
- Słucham.
- Gdzie ona teraz jest? Poda mi pan adres?
- Wykluczone.
-Ale doktorze...
- Nie. Nie jestem moją córką, ja aż tak ci nie ufam.
- Ale...
- Żadnych "ale"...

~*~

Resztę dnia spędzałam na spacerowaniu po Warszawie. Odwiedziłam wszystkie bliskie mi miejsca. Uwielbiam Hiszpanię, ale tutaj są miejsca, które kocham. Mimo że wiele złych wspomnień w nich zostawiłam. Teraz już wiem, że stałam się lepszym człowiekiem. Nie jestem tą samą Emilią, którą byłam jeszcze na początku września. Jestem nową Emilią, zdecydowanie lepszą. Po powrocie do domu dziadków zjadłam jakąś kolację, wzięłam prysznic, obejrzałam z nimi film i poszłam spać. Moje nogi zaczęły się domagać odpoczynku. Faktem było, że przeszłam ponad dwadzieścia kilometrów.
Obudziło mnie pukanie do drzwi. Przykryłam głowę poduszką i starałam się zasnąć, jednak uporczywe pukanie nie ustępowało. Nikt wcześniej nie otworzył, co znaczyło jedynie, że zostałam sama. Pewnie dziadkowie poszli na targ. Zerwałam się z łóżka i mocno wzburzona podeszłam do drzwi. Otworzyłam je, tak to było bezmyślne z mojej strony, ale chciałam mieć święty spokój.
- Babci i dziadka nie ma w domu. Nie kupię żadnych garnków, nie biorę pożyczek, nie pomagam biednym, do widzenia.- chciałam zatrząsnąć drzwi, jednak coś mnie zatrzymało. Wcześniej nawet nie spojrzałam kto taki stoi przed nimi. Ujrzałam kilku piłkarzy, którzy mieli dość dziwne miny. Zapewne z powodu mojego języka.
- Co?- pierwszy odezwał się Alexis.
- Myślałam, że to jacyś naciągacze. Ale zaraz, zaraz co wy tu robicie?!- krzyknęłam wystraszona.
- Przylecieliśmy cię odwiedzić. Pozwól, że wejdziemy. Na dworze jest bardzo zimno.- wepchnęli się do środka i rozleźli po całym domu niczym mrówki.
- Skąd w ogóle macie mój adres?
- Ma się znajomości, choć łatwo nie było.
- Przecież nie możecie tu zostać. Dziadkowie będą źli.
- To tylko kilka nocy. Zostaniemy z tobą, aż do zakończenia zgrupowania.- powiedział Neymar, grzebiąc w lodówce. Zamknęłam drzwiczki, a potem usłyszałam odgłos zamykanych drzwi wejściowych. To nie wróżyło nic dobrego. Wybiegłam z kuchni i zobaczyłam dziadków ze zdziwieniem wymalowanym na twarzach.
- Przepraszam was, ja się ich zupełnie nie spodziewałam.- szybko zaczęłam się tłumaczyć. - Oni już idą.- próbowałam wypchnąć, już nie pamiętam, którego piłkarza.
- Zaraz, zaraz czy na naszej kanapie siedzi Messi, Xavi i Andres?- spytał dziadek, a oni na dźwięk swoich imion wyjrzeli z kanapy w naszą stronę. Zakłopotałam się i to porządnie.
- Tak...- odpowiedziałam pełna obaw.
- Powiedz, że mam przewidzenia. Wiem, że jestem stary, ale chyba nie aż tak żeby mieć takie halucynacje.
- Dziadku, ale oni tu siedzą naprawdę.- wyjaśniłam, a oni wstali z sofy. - Mój dziadek Stanisław, a to Xavi, Andres i Leo. To jeszcze nie koniec w kuchni jest Neymar, Gerard, Alexis, Cristian oraz Marc.
- Skąd oni się tu wzięli?
- Sama tego nie wiem.
- Emi, co on mówi?- szturchnął mnie Messi. Powtórzyłam mu nasza rozmowę po hiszpańsku, a po czym wszyscy zaczęli ściskać moich dziadków.
Sytuacja była nie do ogarnięcia. Gdy udało mi się uspokoić piłkarzy kazałam im wejść do mojego pokoju i w spokoju tam na mnie czekać. Wraz z dziadkami usiadłam przy stole w kuchni. Wytłumaczyłam im zaistniałą sytuację, której w sumie ja sama nie rozumiałam. Babcia i dziadek zgodzili się na pobyt piłkarzy w ich domu. Był tylko jeden problem. W dziesiątkę musieliśmy spać w moim tymczasowym pokoju. Weszłam tak i zobaczyłam piłkarzy, grzebiących w moich szafkach.
- Co wy robicie?!
- Ej chodźcie tutaj! Musicie to zobaczyć.- roześmiany Neymar zawołał kolegów, a oni zaraz się tam zebrali i zaczęli się głośno śmiać. Wepchnęłam się między nich po czym zobaczyłam album ze swoimi zdjęciami.
- Patrzcie jaka królowa.
- O A tutaj jest myszką Miki.
- Ojej jaka słodka.- wyrawałam im zbiór fotografii.
- Ej!- jęknęli razem ze zrezygnowaniem.
- Nie patrzcie na to! To było dawno.- zabrałam album i wyniosłam go z pokoju.
- Emi, co można tu zwiedzić?
- Ty chyba oszalałeś! Zwiedzać mu się zachciało. Nie czujesz jak jest zimno?
- Mamy początek marca, to jest dość wysoka temperatura, jak na tą porę roku.- powiedziałam niczym wykształcony meteorolog.
- To tu może być jeszcze zimniej?- zatrząsł się Gerard.
- Tak Geri.- zaśmiałam się z jego reakcji. Spojrzałam na zegarek. Była już 11.00, a za godzinę zaczynam pierwszy trening z reprezentacją. Głupio by było się spóźnić już pierwszego dnia. Jak oszalała zaczęłam przeciskać się przez piłkarzy, aby dojść do szafy. Ośmiu facetów w tak małym pomieszczeniu to nie jest dobry pomysł. Pobiegłam do łazienki, w dziesięć minut ubrałam się i odprwiłam poranną toaletę. Wróciłam do pokoju po torbę, do której spakowałam korki. Strój miałam dopiero dostać.
- Emi, dlaczego tak biegasz?
- Za niecałą godzinę muszę być na stadionie, a znając warszawską komunikację miejską, zajmie mi to ponad pół godziny.- mówiłam wychodząc z pokoju. - Babciu wychodzę na trening. Zostawiam wam tych dzikusów pod opieką. Mam nadzieje, że dacie sobie z nimi radę.- krzyknęłam do dziadków  zakładając buty oraz kurtkę. Zapewne gdyby usłyszeli, jak ich nazwałam miałabym przechlapane, ale teraz to ja miałam nad nimi przewagę. W końcu żaden z nich nie znał polskiego. - Zostajecie tutaj. Nawet nie ważcie się opuszczać mieszkania, to po pierwsze. Po drugie byłoby to z waszej strony bardzo nierozsądne, zważając na waszą popularność i ilość legionistów.- pouczyłam ich po czym wyszłam. Biegiem pognałam na przystanek autobusowy.
Po kilku przesiadkach dotarłam na miejsce. Do treningu pozostało mi prawie piętnaście minut. Weszłam do szatni, gdzie nie było już nikogo. Obok pustej szafki leżał strój. Domyśliłam się, że to dla mnie, migiem się w niego przebrałam, założyłam korki i wybiegłam na murawę. Na środku boiska dziewczyny bawiły się piłką. Dwie z nich na mój widok odeszły z grupy i podbiegły do mnie.
- Hej, ale się długo nie widziałyśmy.- pierwsza przytuliła mnie Ania, a później Ola.
- Cześć.- przywitałam ich krótko.
- Widzę, że jednak Romek cię powołał. Warto było się postarać.
- O co chodzi? To wasza sprawka?
- Nasza? My nie mamy z tym nic wspólnego.- wyczułam ironię w głosie Anki.
- Michalska raz, dwa gadaj co jest grane.- zaśmiałam się.
- Nieważne. Zbieramy się stąd. Dawaj piłkarzyno, pokopiesz z nami.- wzięły mnie pod ręce i zaprowadziły na środek. - Ej laski chodźcie na moment. Muszę wam kogoś przedstawić.- dziewczyny zebrały się wokół nas, a ja czułam się jak eksponat muzealny, lub co gorsza przedmiot na licytacji. - To jest Emilka, gra w Barcy. Słabeusz.- zaśmiała się, po czym zapoznała mnie z imionami zawodniczek.
- Iga, nasz bramkarz i kapitan.- podam jej rękę.
- Emilia.
- Znam cię.- zaśmiała się. - Może nie gram w lidze hiszpańskiej, ale dobrze wiem, co się tam dzieje. Cała zachodnia Europa cię zna. W końcu dziewczyna Messiego to ogólnoświatowa sensacja.
- No nie...- jęknęłam. - Tylko z tego jestem znana?
- Oczywiście, że nie. Ale każdy jest pod wrażeniem słynnej Polki. Z resztą nie ważne.- trąciła mnie biodrem. - Romek idzie.- szepnęła.
- Witam was drogie panie. Widziałyście może taką szatynkę? Będzie z wami grała.- przywitał się i zapytał idąc w naszą stronę. Anka wypchnęła mnie z tłumu, a ja omal nie wpadłam na trenera.
- Przepraszam.- natychmiast powiedziałam, po czym spojrzałam wrogo na Michalską. Zaśmiała się ze mnie i pokazała język.
- Mniemam, że to ty jesteś Emilia Borkowska.
- To ja.
- Witaj w naszej drużynie. Jak widzę zapoznałaś się już z koleżankami, w takim razie zaczynamy trening.- klasnął w dłonie, wydał polecenie, a my zaczęłyśmy się rozgrzewać.
Jeszcze nigdy tak dobrze nie bawiłam się na treningu. Dziewczyny są znakomite, a Romek, bo tak potajemnie nazywają go zawodniczki, jest przezabawny. Ćwiczenia Alonso, przy tych tutaj to tortury. W dosłownym tego słowa znaczeniu. Mimo wszystko uwielbiam Javiera.
- Emi, znasz wszystkich piłkarzy?- spytała Baśka, gdy byłyśmy w szatni.
- Jeśli chodzi o pierwszy skład to tak, w sumie w Barcy B też mam kilku znajomych. A dlaczego pytasz?
- Znasz Neymara?
- Kto by go nie znał.- zaśmiałam się. - Pozytywny człowiek.
- Jak przyjedziemy skopać wam tyłki w lidze mistrzów, to nas z nim poznasz.- parsknęła śmiechem Iga.
- Jak bardzo chcesz ich poznać?- spytałam, mając już w głowie pewien pomysł.
- No tak, jak każdy.- odpowiedziała nerwowo. - No dobra, bardzo chcę go poznać.- trochę się zawstydziła.
- Da się to zrobić, nawet teraz.- zawiązałam buty, po czym założyłam kurtkę przewieszając torbę przez ramię. - Jeśli chcecie poznać tych debili to chodźcie ze mną.- zaproponowałam.
- Robisz sobie z nas żarty.
- Nie chcecie to nie.- wzruszyłam ramionami, chcąc otworzyć drzwi do szatni.
- Zaczekaj!- krzyknęłay Anka i Iga. Wykonałam ich prośbę, po czym opuściłyśmy obiekt.
Byłyśmy już w połowie drogi, gdy rozdzwonił się mój telefon. Neymar, ocho to nie wróży nic dobrego. Szybko odebrałam.
- Co znów zrobiliście?- spytałam po hiszpańsku.
- Dlaczego od razu musimy coś robić.
- To co się stało?
- Zgubiliśmy się.- zaśmiał się nerwowo.
- Co?!- krzyknęłam na cały autobus, a ludzie tam będący popatrzyli na mnie jak na wariatkę. - Gdzie jesteście?
- Skąd mam to wiedzieć?! Gdybym wiedział to bym do ciebie nie dzwonił.
- Ok, zachowajmy spokój.- wzięłam kilka głębokich oddechów. -Teraz mnie posłuchaj. Podejdź do najbliższej niebieskiej tabliczki, która znajduje się na budynku i przeczytaj.
- Ale nie znam polskiego.
- Nie musisz znać. Przeliteruj, a ja was znajdę.
- Ej Geri znalazłeś już tą tabliczkę?- krzyknął.
- Tak, chodź tutaj.
- Przestańcie krzyczeć bo was ktoś rozpozna. Tak w ogóle to kto tam jest?
- Ja, Pique, Alexis, Tello, Bartra.- wymienił.
- Zacznij literować.
- N,O,W,Y, teraz jest takie S z kreseczką na górze.
- Już wiem gdzie jesteście. Zaraz tam będę.- oznajmiłam, rozłączając się.
- Dziewczyny zmiana planów. Jedziemy na Nowy Świat. Ci debile się zgubili.- westchnęłam, wysiadając z autobusu. - 519 tam dojedziemy?
- Na krakowskim przedmieściu wysiądziemy.- wytłumaczyła mi Anka.
- To oni są w Warszawie?
- Tak, przylecieli dziś rano.- opowiedziałam im całą historię po czym wysiadłyśmy na starówce. Niemal biegłyśmy, szukając ich w każdym zaułku.
- Nareszcie!- krzyknęłam. Stali na rogu Chmielnej i Nowego Światu. - Dlaczego mnie nie słuchacie.- podbiegłam, przytulając ich. - Wiecie co mogło się stać?
- Wszystko jest w porządku.
- Alexis mylisz się. Po pierwsze ktoś mógł was potrącić, Warszawa to nie Barcelona. Po drugie ogarnijcie się jakoś. Macie szczęście, że nikt was nie rozpoznał. Wracamy do domu.- pociągnęłam Neymara za ramię, a reszta ruszyła za nami. Po kilku przesiadkach i godzinie jazdy byliśmy w domu moich dziadków. Wraz z grupą nieokrzesanych piłkarzy odwiedziły nas moje nowe koleżanki.
- Strajk!
- Full! Ha! Wygrałem!
- Blefowałeś!
- Gramy od nowa.
Usłyszałam głosy pozostałych piłkarzy i mojego dziadka. Chwila, chwila mój dziadek zna hiszpański? Coraz ciekawiej się robi. Stop, moment! Czy oni grają właśnie w pokera?! Rzuciłam buty, po czym pobiegłam do salonu. Zobaczyłam Dziadka, Xaviego, Iniestę oraz Leo, a na środku leżała kupka pieniędzy oraz kluczyki do samochodu. Co tu się dzieje?! Czy to jest ukryta kamera?! Jasna cholera! Widząc mnie w progu, zapewne byłam czerwona jak burak, ale to u mnie normalne gdy się złoszczę, odłożyli karty na stół i zamilki.
- Gdzie babcia?
- Wyszła do sąsiadki. Widzę, że ich przyprowadziłaś. Udało im się dotrzeć na stadion?
- Tak na Nowy Świat... Znalazłam ich przy Chmielnej. Tak w ogóle to co się tutaj dzieje?
- A tak gramy dla relaksu.
- Dla relaksu mówisz... To co tu robi ten stosik pieniędzy?
- Oj nie złość się.- Leo przyciągnął mnie do siebie, tak że usiadłam na jego kolanach. - To tylko gra, a twój dziadek to niezły gracz. Ma 100 tys. Euro i mój samochód.
- Przecież w ostatniej grze to ty wygrałeś.
- To prawda.- uśmiechnął się szeroko.
- Ale nie odzyskałeś nic.
- Wygrałem możliwość bycia z tobą. Twój dziadek to przebiegły gość. Powiedział mi, że jego wnuczka jest wyjątkowa i nie może być z byle kim.
- Dziadku zagrałeś o mnie?
- Nie Emi, zagrałem o twoją przyszłość. Leo to dobry chłopak, chciałem go trochę sprawdzić.- puścił do mnie oczko. - Na początku nawet nie chciał się na to zgodzić. Bo jak można grać o coś takiego, ale zdołałem go namówić. Nie miej nam tego za złe.- powiedział po polsku, bym tylko ja do zrozumiała. Spojrzałam na Leo, który z uśmiechem mnie obejmował. Faktycznie to zwykła gra, a takie głupie nagrody się nie liczą.
- Dobrze.- uśmiechnęłam się do niego... Mam dziwne przeczucie, że o czymś zapomniałam... Szlag by to trafił! Zapomniałam o dziewczynach. Natychmiast poderwałam się z miejsca, po czym wyprowadziłam je za ręce.
- Panowie chciałabym żebyście kogoś poznali. To jest Iga, a to Ania.- wskazałam na nie. Zobaczyłam, jak spojrzenia Neymara i Igi się przecinają. O kurcze oni nie sobie spodobali! Chyba znalazłam nową misję. Zeswatam ich.- pisnęłam w myślach. Zapewne na moich ustach pojawił się głupkowaty uśmieszek, ale nie potrafiłam zatrzymać uczuć...





Rozdział 16 "Mam dla ciebie propozycję."

Żad­na wiel­ka miłość nie umiera do końca. Możemy strze­lać do niej z pis­to­letu lub za­mykać w naj­ciem­niej­szych za­kamar­kach naszych serc, ale ona jest spryt­niej­sza – wie, jak przeżyć. 

Promienie porannego słońca nie dawały mi spać. Poza tym czułam jeszcze dziwne uczucie, jakby ktoś mi się przyglądał. Powoli otworzyłam najpierw jedno oko, później drugie, by ujrzeć brata wraz z przyjaciółka i krzyknąć ze strachu. Oni tylko roześmiali się ze mnie.
- Co wy tu robicie? Jakim prawem przerywacie mój sen?- spytałam przecierając zaspane oczy.
- Już nie mogliśmy wytrzymać z ciekawości. Co się wczoraj wydarzyło?- spytała Daniell.
- Nic takiego.- powiedziałam beznamiętnie i przekręciłam się na drugi bok.
- Jak to nic takiego, skoro rozmawiałaś w bieliźnie z Messim. Poza tym co on tu robił?
- Oddał mój telefon. Pewnie zapomniałam go zabrać z kieszeni jego bluzy.- z każdym słowem wplątywałam się w coraz większe kłopoty i tylko czekałam kiedy zasypią mnie pytaniami. Stało się tak niemal natychmiast. Byłam zmuszona wszystko im opowiedzieć. Pominęłam jedynie fakt rozrywkowego trenera, w końcu mu to obiecałam. Po moim dość długim monologu Daniell rzuciła się na mnie i zaczęła ściskać.
- Tak się cieszę, że się pogodziliście. Swoją drogą to Alonso jest niezłym intrygantem. Nie spodziewałam się tego po nim.
- Ja też nie. Nieźle to sobie obmyślił.
- W końcu jest trenerem, musi wymyślać taktyki.- zaśmiała się, a ja dołączyłam do niej. Nasze śmiechy przerwał dźwięk mojego telefonu. Spojrzałam na ekran, aby zobaczyć kto dzwoni. Numer nieznany. Odebrałam, nigdy nie wiadomo, czy nie jest to coś ważnego. W razie gdyby to był operator sieci zawsze mogę się rozłączyć.
- Halo?
- Halo, dzień dobry. Czy dodzwoniłem się do Emilii Borkowskiej?
- Tak, przy telefonie.
- Witaj, nazywam się Roman Jaszczak i jestem trenerem reprezentacji Polski kobiet. Mam dla ciebie propozycję. Myślę, że nie do odrzucenia.- zaśmiał się.
- W takim razie słucham.- również się uśmiechnęłam.
- Chciałbym zaproponować ci grę w mojej drużynie. Narazie na próbę. Zobaczymy, jak będziesz się spisywała, a dalej pomyślimy.
- Dziękuję, ale skąd się pan o mnie dowiedział?
- Mam znajomości.- zaśmiał się do słuchawki. - Poza tym obejrzałem twoje dotychczasowe mecze i jestem pod wrażeniem. To zgadzasz się?
- Chyba tak, znaczy tak. Zgadzam się.
- Świetnie. Zgrupowanie zaczynamy we wtorek w Warszawie.
- Będę napewno.
- W takim razie do zobaczenia.
- Do widzenia.- rozłączył się, a ja odłożyłam telefon na łóżko i zaczęłam skakać. Brat oraz przyjaciółka dziwnie się na mnie patrzyli, ale mnie to wcale nie obchodziło. Kurcze, będę grała w reprezentacji Polski!
- Emi, co się stało?
- Dostałam powołanie do reprezentacji!- krzyknęłam i rzuciłam się na nich, aby ich wyściskać.
- Gratulacje, ale puść bo nad udusisz.- zaśmiał się głośno Adam.
- Już, już.- na chwilę odeszłam, lecz po kilku sekundach znów zaczęłam ich ściskać. Moją radość przerwało pojawienie się matki w drzwiach mojego pokoju.
- Wróciliśmy kilka minut temu, tata pojechał odrazu do pracy. Skąd tu tyle radości?- spytała zupełnie nie wykazując żadnych emocji.
- Cieszymy się sobą.- odpowiedziałam. - Przepraszam, ale muszę się ubrać.- wreszcie zostawiłam przyjaciół w spokoju i podeszłam do szafy. Wyjęłam z niej jeansowe rurki oraz dużą bluzę z logiem nike. Wszyscy się rozeszli, a ja poszłam do łazienki, aby się przebrać. Po założeniu ubrań, przeczesałam włosy i związałam w luźnego koka. Zeszłam na dół, założyłam buty i nic nie mówiąc wyszłam z domu. Był już marzec, a na dworze kilkunasto stopniowa temperatura. Zupełna odmiana w porównaniu z Polską. Swoje kroki skierowałam do ośrodka. Wciąż tryskałam radością, lecz moja matka perfekcyjnie ochłodziła to uczucie. Zaraz po przekroczeniu progu radość do mnie powróciła. Szłam podskakując i śpiewając piosenki. Gdy doszłam do wyznaczonego celu odrazu udałam się do gabinetu ojca. Koniecznie muszę mu o tym powiedzieć. Bez pukania wbiegłam do środka. Znów zastałam Neymara. Nie myśląc o tym, zmierzałam w stronę ojca z szerokim od ucha do ucha uśmiechem.
- Tato, dziś rano dzwonił trener reprezentacji Polski kobiet. Zaprosił mnie na trening!- krzyknęłam, a on natychmiast mnie przytulił.
- Słońce, gratuluję.
- A ja mogę się dołączyć?- spytał Brazylijczyk, który wstał z leżanki. Tata posłał mu wrogie spojrzenie, a on odbił mnie z rąk swojego lekarza i zamknął w swoich ramionach. - Ja też gratuluję.- uśmiechnął się.
- Neymar, ty może już sobie idź. Skończyliśmy dzisiejszą sesję. Widzimy się jutro o tej samej porze.
- Jasne, jasne doktorze.- skinął głową i mnie puścił. Na pożegnanie pocałował mnie w policzek. Chyba zrobił to umyślnie, aby jeszcze bardziej zdenerwować mojego ojca. Mina taty była przezabawna. Po tym wszystkim wyszedł. Zostaliśmy we dwójkę. Ja i tata.
- Jeszcze raz gratuluję. Jestem z ciebie bardzo dumny.- znów mnie przytulił. - Ale uważaj na niego.
- Tato... To jest tylko kolega.
- O Leo też mówiłaś, że to kolega.
- Ale Leo to zupełnie inna sytuacja.
- Nie podobają mi się ci chłopcy. Są bogaci, sławni...
- I mogą mieć każdą, pobawią się tobą... Bla, bla, bla. Spokojnie jestem już duża, poradzę sobie.- zaśmiałam się patrząc na niego. - Poza tym to naprawdę mili ludzie. Nie różnią się od nas niczym. Nie rozmawiajmy o nich.
- Masz rację. Kiedy zaczynasz zgrupowanie?
- We wtorek mam być w Warszawie.
- To już za trzy dni. Musisz powiadomić Javiera.
- Wiem tato. Między innymi po to przyszłam. Dziś dał nam wolne i trening mamy dopiero jutro, ale wolę powiedzieć mu dzisiaj. Nie wiesz, gdzie go spotkam?
- Być może jest na boisku. Miał mieć dzisiaj zastępczy trening z dziewczynami do lat szesnastu.
- W takim razie uciekam. Do zobaczenia w domu.- pocałowałam go w policzek i wyszłam. Znów skocznym krokiem szłam w stronę boisk treningowych. Zauważyłam trenera na boisku numer 3 i odrazu tam pobiegłam.
- Dzień dobry!- krzyknęłam radośnie, a ten wystraszony obrócił się w moją stronę.
- Witaj.- uśmiechnął się. - Nie mamy dzisiaj treningu, więc co cię do mnie sprowadza?
- Przenoszę dobre wieści.
- W takim razie zamieniam się w słuch.- spojrzał na mnie, a następnie na dziewczyny. - Nie przerywamy ćwiczeń. Teraz podania.- wydał polecenie.
- Zaproszono mnie na zgrupowanie kadry narodowej. Świetnie wieści, prawda?
- Dla kogo świetne, dla tego świetne. Ja będę musiał znaleźć za ciebie zastępstwo.- mimo wszystko uśmiechnął się do mnie.
- Ale trenerze...
- No jedź.- zaśmiał się do mnie głośno. - Będziemy tęsknili, ale damy radę. Gratulacje.- przytulił mnie. - Moja dziewczyna.
- Pana trenerze, pana. W końcu to trener mnie znalazł. Ciekawe, co bym teraz robiła, gdybym wtedy nie poszła na testy.
- Najprawdopodobniej chodziłabyś po galeriach handlowych w poszukiwaniu nowych sukienek.- spojrzałam na niego błagalnym wzrokiem. - No co?! Wciąż cię pamiętam z tego dnia. Widziałem cię, jak wchodziłaś do budynku, jeszcze przed testami. Blondynka, makijaż, wysokie obcasy.
- Niech mi trener nie przypomina. Dawno i nieprawda.
- Masz rację. Teraz jesteś najlepiej zapowiadającą się piłkarką napewno w całej Hiszpanii, jak nie Europie, albo na całym świecie.
- Przesada.- zawstydziłam się, a moje policzki nabrały koloru buraka.
- Pewnie nie masz przy sobie butów?
- Zapasową parę powinnam mieć w gabinecie taty.
- To biegnij po nie i zagrasz z nimi. Już kilka razy dziewczyny o ciebie pytały.- po tych słowach migiem ruszyłam po korki. Przyniosłam je na boisko i w mgnieniu oka mieniem swoje bordowe air force'y na nie.
- Gotowa!- zasalutowałam do trenera.
- Dziewczyny podejdźcie!- zawołał. - Emilia Borkowska, zawodniczka mojej drużyny. Chciałyście z nią poćwiczyć i oto proszę.- zaśmiał się. - Na początku dobierzecie składy, w tym czasie Emi się rozgrzeje.- oznajmił, a ja zaczęłam robić to o czym mówił. Zdjęłam bluzę i biegałam tylko w białej bokserce oraz jeansach. Mimo wszystko nie było tak źle.
Po pół godzinie i kilku przebiegniętych kilometrach zeszłam, aby trochę odpocząć. Usiadłam na murawie, wzięłam jeden z przygotowanych wcześniej bidonów do ręki i zaczęłam pić. Po chwili wokół mnie usiadły dziewczyny.
- Emi, jak to się stało, że już po kilku meczach jesteś tak rozpoznawalna?
- Nie czuję nie rozpoznawalna.
- Ale wszyscy o tobie mówią.
- Naprawdę? A co mówią?
- Głównie to o Leo i o twojej genialnej formie oraz talencie. Jak długo grasz? Masz niezwykły poziom.
- I tak mi nie uwierzycie.- zaśmiałam się i machnęłam ręką.
- No powiedz...
- No dobrze, zaczęłam grać w połowie września. Wtedy przeprowadziłam się z Polski do Barcelony.
- Niemożliwe... W pół roku nauczyć się tak grać. Szacunek.
- Ale powiem wam coś jeszcze, wcześniej nienawidziłam piłki i niemal zostałam zmuszona do odbycia testów sprawnościowych.
- Emi, a mogę spytać o coś jeszcze?
- Jasne pytaj.
- Jaki jest Leo Messi?
- Messi powiadasz... Lio jest skromny, delikatny, miły, uczynny, kocha swoich przyjaciół, a cała drużyna to jedna, wielka rodzina, ale żebyście nie myślały, że jest taki idealny ma też wady. Największa to opór. Mówię wam czasem jest gorzej się z nim dogadać niż z Barackiem Obamą.
- Dobrze całuje?
- Ej! Na to wam nie odpowiem.- zaśmiałam się głośno, a one mi zawtórowały.
- Wracamy do treningu!- krzyknął trener wchodząc na boisko. Wydał im polecenie, a następnie usiadł obok mnie. - Jak myślisz jest tu twoja zastępczyni?
- Trenerze, przecież one wszystkie są lepsze ode mnie. Nie jestem aż tak dobra.
- Uwierz mi, jesteś. Może nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale masz niezwykły potencjał. To dzięki tobie nasza pozycja podniosła się o jedno miejsce. To dla nas wiele znaczy. Dziewczyny już dawno nic nie wygrały, a ty dałaś im nadzieje.
- Robię tylko to, co do mnie należy.
- Wiesz co cię łączy z Leo? Wasza skromność. Oboje jesteście światowej klasy zawodnikami.- zaśmiałam się głośno po usłyszeniu jego słów.
- Jego poziom i mój poziom to dwie różne bajki. On gra kilkanaście lat, a ja kilka miesięcy.- objął mnie ramieniem.
- Cieszę się, że postawiłem na ciebie. Warto było się kłócić.
- Co?!
- Nie patrz tak. Nasze rozmowy na twój temat trwały naprawdę długo. Miałaś bardzo dobre wyniki. W całej historii klubu wyprzedziłaś wszystkie zawodniczki.
- Jak to możliwe?
- Nikt z nas tego nie wie, a twoje badania analizowaliśmy kilka razy.
- Czy mógł mieć na to fakt, że byłam cheerleaderką?
- Częściowo tak.- spojrzałam na ekran telefonu, trochę mi się tutaj zeszło.
- Trenerze, muszę już wracać. Miałam wyjść na godzinę, a zrobiło się trzy.- zaśmiałam się.
- W takim razie do zobaczenia.
- Do widzenia.- powiedziałam idąc z butami w dłoni i w korkach. Weszłam do gabinetu, aby je zmienić po czym wyszłam i ruszyłam w kierunku domu. Skocznym krokiem szłam w stronę domu. Byłam właśnie w parku, gdy usłyszałam słodki, dziecięcy głosik. Ktoś mnie wolał. Odwróciłam się i zobaczyłam małą szatynkę w barcelońskiej koszulce.
- Charlota, część.- ukucnęłam bok niej, a ona podbiegła i mnie przytuliła. - Co słychać? Sama tutaj jesteś?
- Jestem z mamusią. Wiesz, że tata zapisał mnie na piłkę? Super, prawda?
- Prawda, prawda.
- Zagramy kiedyś razem w drużynie?
- Raczej nie, bo ja już będę stara.- zaśmiałam się. - Ale oczywiście możesz zawsze do mnie zadzwonić, a ja napewno zgodzę się na grę z tobą.
- A zagrasz ze mną teraz?
- Jasne, masz piłkę?
- Mam.- wzięła mnie za rękę i pociągnęła w stronę boiska.
Spędziłam z Charlotą prawie godzinę. Jestem pod wrażeniem tej dziewczynki. Ja chyba nigdy w życiu nie miałam tyle energii. Momentami biegała nawet szybciej niż ja bym potrafiła. W przyszłości chciałabym mieć takie dziecko. Gdy doszłam do domu mój uśmiech zmienił się w obojętność. Nienawidziłam tam przebywać w sumie tylko ze względu na matkę. Wiele razy starałam się ją zaakceptować jednak ona zawsze zrobi coś, że mi się odechciewa.
- Gdzieś ty była tyle godzin? Dlaczego nie powiedziałaś, że wychodzisz? Ile ty masz lat?- podniosła głos, gdy tylko przekroczyłam próg.
- Byłam u taty, chciałam się mu pochwalić. I mam prawie osiemnaście lat, a ty nie musisz o niczym wiedzieć.- Nie byłam jej dłużna, również zaczęłam krzyczeć.
- Jak ty się do mnie odzywasz? Jestem twoją matką!
- Kim jesteś?! Bo wiesz, chyba się przesłyszałam. Ty nazywasz się moją matką?!
- Co powiedziałaś?!
- Bardzo dobrze słyszałaś! Ty masz tylko jedno dziecko, Adama. Ja jestem dla ciebie nikim. W ogóle mnie nie doceniasz! Czuję się jak zbędny ciężar. Wiesz jak to jest?! Założę się, że nie masz pojęcia.
- Przecież pochwaliłam cię po ostatnim meczu.
- Z łaski? Dziękuję, ale wolę szczere gratulacje. Mówiąc o ostatnim meczu masz na myśli mój debiut? Nie wiem, czy wiesz ale ja już grałam dwa. Nawet cię na nich nie było. Dla twojej wiadomości we wtorek wylatuję do Polski na zgrupowanie. Ale to też cię pewnie nie interesuje.- minęłam ją i ruszyłam w stronę pokoju.
- Emilia! Wracaj do mnie, jeszcze nie skończyłam z tobą rozmowy.
- Ale ja skończyłam.
- Emilia! Powiedziałam coś!
- Nie masz prawa mi rozkazywać. Jesteś dla mnie obcą osobą.- zamknęłam się w pokoju, wyjęłam walizkę i zaczęłam się pakować. Zostało mi trzy dni więc polecę wcześniej, w końcu dziadkowie mnie nie wyrzucą. Bynajmniej mam taką nadzieję. Nie zwracając uwagi na nic, po prostu wrzucałam ubrania do walizki. Później spakowałam kosmetyczkę, wrzuciłam ją do środka i zasunęłam swoją torbę na kółkach. Wsłuchałam się, czy ktoś jest w domu. Matka zaraz po naszej kłótni wyszła. Zniosłam bagaż, założyłam buty i wyszłam zamykając drzwi na klucz. Odrazu skierowałam się do Ciutat. Ojciec kończy pracę dopiero za dwie godziny więc powinnam zdążyć.
Zapukałam do gabinetu.
- Proszę chwilę poczekać.- usłyszałam po czym usiadłam na krzesełku. Po kilkunastu minutach wyszedł jakiś młody piłkarz, a ja weszłam do środka. Spojrzał na walizki i bardzo się zdziwił.
- Tato kup mi bilet do Warszawy.- powiedziałam powstrzymując się od płaczu.
- Przecież miałaś lecieć dopiero we wtorek rano.
- Nie mogę wrócić z tobą do domu.
- Pokłóciłaś się z matką?- spytał, a ja kiwnęłam głową. - Dobrze kupię ci ten bilet, a później uprzedzę dziadków.- pocałował mnie w czoło. Zabrał swoje rzeczy i zamknął gabinet. Wsiadłam do samochodu, a on zapakował mój bagaż po czym odjechaliśmy. Na el Prat tata kupił mi bilet na najbliższy lot, który na moje szczęście planowany był za dwie godziny. Ustawiłam się w kolejce do odprawy paszportowej, a on stanął ze mną.
- Obiecaj, że będziesz na siebie uważać.- powiedział, a ja zauważyłam w jego oczach łzy. Powstrzymywał się, aby nie pokazać swojej słabości.
- Obiecuję.- uśmiechnęłam się i przytuliłam do niego. - Trzymajcie się.
- Pozdrów babcię i dziadka.
- Dobrze.- zaczęłam iść bo kolejka coraz bardziej się zmniejszała.
- Emilka zaczekaj jeszcze chwilę.- zawołał. Odwróciłam się i dostrzegłam łzę, która spływała po jego policzku. - Wiedz, że jestem dumy z powodu, że mam taką córkę. Przepraszam, że tak późno to dostrzegłem.
- Dziękuję tato.- przytuliłam go najmocniej jak potrafię po czym wraz z walizką przekroczyłam bramkę. Dalej już jakoś poszło. Wszystko działo się tak szybko. Nawet nie pamiętam kiedy usiadłam w fotelu. Włożyłam słuchawki do uszu i włączyłam spokojne piosenki. Miałam ochotę płakać. W tamtej chwili nie myślałam o niczym i nikim, jak tylko o ucieczce.
W Polsce byłam kilka minut przed 23. Gdy szłam z bagażem dziadkowie już na mnie czekali. Byłam wdzięczna ojcu za tak sprawne zorganizowanie tego wszystkiego. Odrazu wpadłam w ramiona ukochanych babci i dziadka.
- Emilka, jak ty wyrosłaś. W dodatku wypiękniałaś.
- Oj babciu...
- Już nie bądź taka skromna, babcia ma rację. O tym porozmawiamy później. Wracamy do domu, bo pewnie jesteś zmęczona podróżą.- zabrałam swoją walizkę i ruszyliśmy do samochodu. W domu byliśmy już po pół godzinie. Babcia naszykowała mi pościel i łóżko, a ja szybko się przebrałam w bluzkę z herbem Barcelony oraz krótkie spodenki, które należą do innej piżamy. Położyłam się do łóżka i po niespełna pięciu minutach zasnęłam. Byłam wykończona całym tym dzisiejszym dniem...



piątek, 27 lutego 2015

Rozdział 15 "Oni to uknuli!"

Mo­je ser­ce usłyszało, co mówiło je­go ser­ce i poczuło się szczęśliwe. 

Ten kilkanaście dni minęło nadwyraz spokojnie. Porównując je do poprzedniego miesiąca można spokojnie stwierdzić, że nie działo się nic ciekawego. Szkoła, treningi, dom i tak w koło. Sytuacja z Leo, tak jak stała w miejscu, tak stoi. Żadnej zmiany. Z tatą nadrabiam stracony czas, a matka coraz częściej się z nim kłóci. Od sobotniego meczu Lona nie pojawiła się więcej w klubie. Widziałam ją raz, w niedzielę, jak szła z wypakowaną po brzegi torbą. Krąży plotka, że zrezygnowała. Nie wiem ile w tym prawdy, może tylko przepisała się do innego klubu.
- Borkowska!- usłyszałam krzyk, który wyrwał mnie z zamyślenia. Natychmiast poderwałam się z ziemi i wstałam niemal na baczność. - Tylko żartowałem.- powiedział Alonso nie mogąc opanować śmiechu.
- Trenerze to nie było śmieszne.- założyłam ręce na piersi.
- Uwierz, było. A twoja mina... po prostu bezcenna.- powoli przestawał się śmiać. - Mam dla ciebie propozycje.
- Jaką?
- Mam kilka wejściówek na mecz koszykówki. Wybierzesz się? Mi samemu będzie nudno, a taka osoba jak ty idealnie wypełni mój czas. Oczywiście możesz zabrać ze sobą tatę i Adama.
- Skoro pan nalega.- zaśmiałam się. - Kiedy?
- Dzisiaj o 20.30.
- Co?! Dlaczego mówi mi pan o tym dopiero teraz przecież...
- Wiedziałem, że się zgodzisz. Zobaczymy się przed stadionem.- przerwał mi po czym puścił oczko. - Tak w ogóle to dlaczego jesteś gotowa prawie godzinę przed rozpoczęciem treningu?
- Nie miałam ochoty na powrót do domu. Pomyślałam, że od razu po lekcjach przyjadę tutaj.
- W sumie dobrze się składa. Chodź usiądziemy.- wskazał kilka krzeseł obok boiska, które były przeznaczone dla sztabu szkoleniowego, gdzie chwile później siedzieliśmy. Wziął głęboki oddech. - Rozmawiałem z nim. Jest w strasznym stanie. Jak zapewne widziałaś w dwóch ostatnich meczach siedział na ławce.
- To wszystko moja wina...
- Nie obwiniaj się bo nie o to w tym chodzi. Opowiedział mi wszystko ze swojego punktu widzenia. On myśli, że to jego wina, ty myślisz, że twoja. W taki sposób nie dojdziecie do porozumienia. Wiesz, co w całej rozmowie najbardziej mnie zdziwiło. Zaczął płakać. Nawet tego nie ukrywał. Czy przez te dwa tygodnie, coś się w tobie zmieniło?
- Nic, nabrałam tylko większego dystansu. Już nie płaczę codziennie... Płaczę co trzy dni.- przytulił mnie, gdy zobaczył zbierające się w moich oczach łzy.
- Spokojnie, wszystko będzie dobrze. Jesteśmy na dobrej drodze.- pokrzepiająco się uśmiechnął. - Otrzyj łzy, szkoda takich ładnych oczu.- powiedział wyjmując chusteczki. - Tymczasem ja muszę iść do prezesa, jak zwykle będzie się czepiał. Widzimy się za pół godziny.- jeszcze raz posłał mi uśmiech i zniknął. Postanowiłam pójść do taty. Po krótkim marszu zapukałam do gabinetu i nie czekając na odpowiedź weszłam do środka. Zobaczyłam Neymara podczas zabiegu pola magnetycznego.
- Może przyjdę później, nie chcę przeszkadzać.- powiedziałam kierując się do wyjścia.
- Nie przeszkadzasz.- odpowiedzieli chórem.
- Zaraz kończymy, siadaj.- dodał tata.
- W sumie przyszłam tylko spytać, czy pójdziesz ze mną na mecz koszykówki.
- Dzisiaj nie mogę.- odparł ze smutkiem. - Obiecałem mamie kolację.
- A Adam?- spytałam z nadzieją.
- On jest umówiony z Daniell, tak mi się obiło o uszy. Do końca zostało siedem minut. Wyjdę zanieść dokumenty, a ty go pilnuj.- wskazał najpierw na mnie, a potem na Brazylijczyka. - Bo nie potrafi usiedzieć minuty bez ruchu.- po tych słowach wyszedł. Pomiędzy nami zapadła niezręczna cisza. Siedzieliśmy tak dobre trzy minuty.
- Nawet się nie przywitałaś.- zaśmiał się, przerywając ją.
- Cześć.
- Kipisz od emocji. Zupełnie, jak tamten.- uniosłam pytająco brew. - Chodzi smutny, prawie z nikim nie rozmawia.
- To wszystko moja wina.
- A tych słów już nie mogę słuchać. Ciągle to powtarza. Emi porozmawiajcie, oboje się męczycie więc może to coś zmieni.
- Chciałabym, ale nie mogę. Niby mu wybaczyłam, ale coś w środku nie pozwalało mi na cieszenie się jego dotykiem. Nie wiem, czy to strach, a może tylko moja wyobraźnia. Naprawdę nie wiem, ale to było silniejsze ode mnie. Neymar, ja już nie mam siły.
- Spokojnie maleńka, ja ci pomogę.
- A może ty pójdziesz ze mną na ten mecz?
- Wiesz, ja też dzisiaj jestem zajęty. Innym razem napewno się skuszę.
- Szkoda.- wzruszyłam ramionami.
- Ej, maleńka uśmiechnij się. Chciałbym cię jeszcze o coś spytać.
- Co takiego? Tylko nie proś mnie o rękę. Jestem niepełnoletnia.- zaśmiałam się.
- Wiesz, że bardzo chętnie, ale nie o tym mowa. Zapomnij o tym co ci powiedziałem wtedy w szatni. Głupio wyszło.- podrapał się po karku.
- Wymazane, zapomniane.
- Przyjaźń?
- Przyjaźń.- Podeszłam do łóżka i przytuliłam go, maszyna oznajmiła koniec zabiegu, a do gabinetu wrócił tata.
- Co tu się dzieje?
- Panie doktorze proszę o rękę pańskiej córki.- zaśmiał się widząc minę ojca.
- Nie żartuj tak bo chyba byś stąd żywy nie wyszedł.- wskazał na niego palcem. - Zmiana miejsca. Kilka ćwiczeń fizycznych. Zaraz pójdziemy na siłownię.
- To ja się zmywam. Do zobaczenia.- pocałowałam Neymara w policzek i wybiegłam. Nareszcie stało się coś pozytywnego. Z całego natłoku zmartwień wyszedł promień nadziei. Może moje życie wreszcie nabierze kolorów. Wróciłam na boisko. Do rozpoczęcia treningu pozostało kilkanaście minut. Wzięłam piłkę i zaczęłam nią żąglować.
Trening minął jak zawsze. Rozgrzewka ćwiczenia, sparingi.
Wróciłam do domu w towarzystwie Dani. Całą drogę śmiałyśmy się tak głośno, że zapewne słyszało nas pięć najbliższych ulic. W domu spostrzegłam, że mam półtorej godziny. Umyłam się, przebrałam, zrobiłam delikatny makijaż i włosy. Byłam gotowa po godzinie. Spakowałam do torebki najpotrzebniejsze rzeczy i wyszłam z domu. Doszłam na stadion pięć minut przed rozpoczęciem. Przy okazji nabawiłam się zadyszki. Trener czekał na mnie przed wejściem z biletami. Weszliśmy i szybko udaliśmy się na nasze miejsca.
Mecz był bardzo ciekawy, a akcja wartka. Podobało mi się. Zawsze lubiłam koszykówkę, nawet gdy byłam tandetną blondynką. Czasem siadałam w nocy z laptopem na kolanach i oglądałam NBA. Trwała właśnie przerwa po zakończeniu pierwszej części. Dyskutowaliśmy z trenerem na temat naszej pozycji w la Liga, gdy pojawiły się obok nas dwie znajome postaci.
- Dzień dobry, panie Alonso. Jak miło pana spotkać.- rozpoczął rozmowę Neymar.
- Witaj, ciebie również. Jak wam się podoba mecz?
- Ciekawy.- odpowiedziała bezuczuciowo osoba u boku Brazylijczyka.
- A wam?- dodała barcelońska "11".
- Też się podoba.- odparłam równie emocjonalnie, jak towarzysz Neymara.
- Ney, masz ochotę na coś do picia. Chodź kupimy coś.- powiedział trener, na co tamten z chęcią przystał. Zostaliśmy sami. Żadne z nas nie było na tyle odważne żeby się odezwać lub choćby spojrzeć na drugiego. Staliśmy wpatrzeni w cheerleaderki, które tańczyły na boisku. Ale żadne z nas nie skupiało się na tym.
- Jak ci się podoba?- spytałam, chcąc przerwać niezręczne uczucie panujące między nami.
- Ale mecz czy dziewczyny?
- I to i to.
- Mecz bardzo ciekawy, ale wśród dziewczyn brakuje pięknej Polki.- pierwszy raz na mnie spojrzał. Widziałam w jego oczach mnóstwo uczuć. W tamtej chwili pragnęłam zabrać mu ten ból. - A ty co sądzisz?
- Mam to samo zdanie co ty, ale z małą różnicą. Mi się one nie podobają. Za mało energii. Wiem co mówię w liceum byłam kapitanką szkolnych cheerleaderek.
- Serio?
- Mhm.- No i na tym zakończyła się jakże ciekawa wymiana zdań pomiędzy nami. Już nie potrafimy ze sobą rozmawiać.
- Moim zdaniem oni zaplanowali to spotkanie.- przerwał milczenie, które znów zapadło na kilka minut. Przeanalizowałam całą tą sytuację i doszłam do tego samego wniosku. Oni to uknuli! Że ja się nie domyśliłam.
- Faktycznie, nie zauważyłam tego wcześniej.
- Skoro i tak tu jesteśmy to może...
- Porozmawiamy.- dokończyłam przerywając mu, a on pokiwał głową. - Muszę ci dużo wyjaśnić.- zaczęłam. - Wiele myślałam o tym wszystkim i wciąż nie wiem co zrobić. Chcę ci wyjaśnić to na boisku.- popatrzył na mnie z... Nadzieją? Tak to była nadzieja. - Widzisz, wybaczyłam ci, ale coś w środku nie pozwala mi się do ciebie zbliżyć. Boję się twojego dotyku, a może to tylko wyobraźnia. Nie wiem. Ale przepraszam cię za cały ból jaki ci sprawiłam. Jestem stworzona do ranienia bliskich osób...
- Nie mów tak, oboje wiemy, że to nie prawda. Jesteś naprawdę niesamowitą dziewczyną. Nie miałaś szczęścia w życiu. Ja też muszę ci coś powiedzieć. Cholernie za tobą tęsknię. Najbardziej brakuje mi twojego uśmiechu.- Nie panując nad sobą uśmiechnęłam się, co później wywołało na mojej twarzy rumieniec. - Z Manitą nie miałem kontaktu od tamtego wydarzenia . Już mnie nie nachodzi. Jak widać pojawiła się tylko po to, by zrobić zamieszanie i znowu zniknąć. Nie czuję się dobrze z faktem, że mnie pocałowała. Widzisz, wtedy szedłem pod prysznic, ona niemal wepchnęła się do domu. Mieliśmy tylko porozmawiać, a dalej już wiesz co się stało. Nie spodziewałem się tego, tak samo jak ty tego widoku. Wiem, że to musiało wyglądać strasznie. W sumie nie mam nic więcej na swoje usprawnienie...
- Rozumiem cię. Oboje zawiniliśmy i musimy to przyznać. Żadne z nas nie jest bez winy. Ja już dawno ci wybaczyłam, ale teraz ty musisz mi obiecać, że nigdy więcej nie dopuścisz do takiej sytuacji. Wiem, że masz mnóstwo fanek i czasem nie można za nie odpowiadać.
- Obiecuję.- bez namysłu przytuliłam się do niego. Stał zdziwiony i chyba nie mógł w to uwierzyć, lecz moment później objął mnie silnymi ramionami i sprawił, że znów poczułam się bezpieczna. Nawet nie zauważyliśmy kiedy skończyła się przerwa.
- Przez pewien czas mogę być dla ciebie oschła. Nie zawsze będę się przy tobie czuła komfortowo, ale nie przejmuj się tym to powinno minąć.
- A ja spróbuję powstrzymać się do nagłych gestów. Choć przyznam ci może się to okazać zbyt trudne.- zaśmiał się. Jeju, znów usłyszałam ten jego dźwięczny śmiech. Tak bardzo mi tego brakowało. - Pewnie nie wiesz, że byłem na twoim ostatnim meczu.
- Nie widziałam cię.
- Piękna dedykacja.
- Dziękuję.- uśmiechnęłam się.
- Następna może być dla mnie?
- Jak uda mi się coś strzelić. Wiesz, że prasa znów zacznie pisać na nasz temat.
- Niedługo im się to znudzi, choć... Może się nie znudzić. Ty jesteś piłkarką, ja piłkarzem, chyba nie ma takich par.- obróciłam się do tyłu i zobaczyłam Neymara i Alonso, którzy przybijali piątki i szeroko się uśmiechali.
- Zaplanowsliście to.- wskazałam na nich palcem.
- To nie ja!- Brazylijczyk uniósł ręce w geście niewinności.
- Obiecałem.- wzruszył ramionami trener po czym wszyscy się zaśmialiśmy.
Mecz zakończył się wygraną naszych 104:98. Następnie udaliśmy się do baru. Kulturalnie wypiliśmy po drinku, ja oczywiście w tajemnicy przed rodzicami. Później sączyłam sok pomarańczowy. Panowie, jak to panowie, skończyli po kilku, ale mi to w ogóle nie przeszkadzało. Świetnie się z nimi bawiłam. Nawet nie wiedziałam, że trener jest taki rozrywkowy. Obiecałam mu, że nikomu nie powiem o dzisiejszym wieczorze. Wróciłam do domu bardzo późno, bowiem było kilka minut po północy. Gdyby matka wiedziała, dałaby mi szlaban do końca życia. Na szczęście nie było jej w domu. Szłam do pokoju po drodze zdejmując z siebie ubrania. Byłam wykończona, a nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Nagle usłyszałam pukanie do drzwi. Niechętnie zeszłam i je otworzyłam.
- Zapomniałaś...- w progu stał Leo z moim telefonem. Przez chwilę stałam patrząc na niego i nie rozumiejąc dlaczego nie dokończył. - Ładnie wyglądasz.- przejechał mnie wzrokiem od góry do dołu. Jasna cholera! Zapomniałam, że jestem w bieliźnie! Szybko zakryłam się jedną z kurtek, wiszących nieopodal. - Wiesz, mi taki strój w ogóle nie przeszkadza. Nie mam nic przeciwko.
- Lio idź sobie, jesteś trochę pijany zaczynasz bredzić.
- Dobrze, już dobrze tylko mnie nie bij. Do zobaczenia Emi.
- Do zobaczenia.- Chyba nie usłyszał mojego pożegnania bo zaczął wracać do domu. Zamknęłam drzwi i usiadłam opierając się o nie, przy czym zamknęłam oczy. Usłyszałam kaszlnięcie, uniosłam powieki i zobaczyłam mojego brata obejmującego Daniell.
- Dlaczego siedzisz pod drzwiami w bieliźnie i rozmawiasz z Messim? O co tu chodzi?
- Opowiem wam rano. Wybaczcie, ale marzę o swoim łóżku i ciepłej kołdrze.- Wstałam i jak gdyby nigdy nic udałam się do swojego pokoju. Położyłam się na łóżku z szerokim uśmiechem. To wszystko to chyba sen...



Rozdział 14 "myślenie nie jest moją mocną stroną."

 Je­dyne co mi się ciśnie na us­ta, gdy pat­rzę na swo­je od­bi­cie w lus­trze to: "tchórz".

Przez ostatnie dwa tygodnie nie robiłam nic. Byłam cieniem samej siebie. Chodziłam do szkoły, gdzie ludzie podchodzili i nieustannie pytali o Leo. Miałam tego serdecznie dosyć. Przecież ja też mam swoje życie, nie spędzam z nim czasu 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. Przyjaciele bardzo się o mnie martwili, cieszyłam się, że nie jestem z Adamem w klasie. Na przerwach udawałam, że jest dobrze, a w domu płakałam, gdy go nie było. Na treningi nie przychodziłam. Alonso naprawdę się na mnie zdenerwował, ale nie mogłam się tam pojawić. Podobno Messi czekał na mnie po kilku treningach. Nie chciałam go spotkać, nie potrafiłam spojrzeć mu w oczy. Raniłam go, ale w końcu o mnie zapomni. 
Szłam właśnie powolnym krokiem w kierunku Ciutat Esportiva. Dziś był ostatni trening przed meczem, który miał się jutro odbyć, wiec dobrze byłoby się pokazać. Patrzyłam jak zaczyna się wiosna. Wszystko wokoło rozkwita, pięknieje. Tylko nie ja, ja staje się coraz gorszym człowiekiem raniąc ukochaną osobę. Weszłam do szatni, a oczy dziewczyn skierowały się na mnie. Powoli przeszłam do swojej szafki. Przebrałam się, zawiązałam korki i siedziałam z telefonem w dłoni przeglądając nasze wspólne zdjęcia. Do środka weszła Lona, jak zawsze z cwaniackim uśmieszkiem.
- Patrzcie państwo, a któż to się pojawił? Nasza księżniczka.- zaczęła swoją gadke. Wstałam podeszłam do niej i najnormalniej uderzyłam ją w twarz, po czym bez słowa wyszłam. Teraz już nad sobą nie panowałam i nawet nie próbowałam tego robić. Byłam na nią wściekła. Nie miała prawa wtrącać się w moje sprawy. Nic o mnie nie wiedziała. Od razu udałam się na murawę, gdzie był już Alonso ze swoimi asystentami. Odrazu mnie dostrzegł. Podszedł bliżej, widziałam jak kipi ze złości.
- Musimy porozmawiać.
- Wiem trenerze.- poszliśmy w najbardziej ustronne miejsce, jakie było możliwe. Stałam ze spuszczoną głową, wpatrując się w jasnozieloną trawę.
- Co ty wyrabiasz?! Uciekasz z treningu, nie pokazujesz się przez dwa tygodnie, nie dając nawet znaku życia i pojawisz się nagle. Powinienem wydalić cię z drużyny.
- Nie proszę... Ja wszystko nadrobię.
- W to nie wątpię. Zostajesz, ale potraktuj to jak ostrzeżenie, pierwsze i ostatnie. A teraz mów o co chodzi. Leo był tu kilka razy, przesiedział cały trening bo myślał, że się pojawisz.
- To bardzo trudne.
- Mamy jeszcze sporo czasu. Siadaj i opowiadaj.- powiedział już spokojnie. Usiedliśmy na trawie, a on objął mnie ramieniem. Zaczęłam opowiadać mu wszystko od początku, od pojawienia się Manity z dokładnymi szczegółami. Alonso był dla mnie kimś w rodzaju drugiego ojca. Zawsze mogłam mu wszystko powiedzieć. Oczywiście rozpłakałam się, a on podał mi chusteczki. - To rzeczywiście trudna sprawa. Spróbuję z nim porozmawiać, a teraz zaczynamy. Mamy mecz do wygrania i oczywiście liczę na ciebie.
- Zobaczymy co da się zrobić.- puściłam mu oczko po czym wstaliśmy i dołączyliśmy do reszty. Trening był dla mnie bardzo ciężki. Być może z powodu mojej długiej nieobecności. Starałam się dawać z siebie wszystko. Muszę jutro zagrać.
Po powrocie do domu odrazu poszłam do pokoju. Wyjęłam piłkę i zaczęłam ją podbijać. Przyłapywałam się na tym, że zaczynam to robić, gdy mam problem i muszę odreagować. Sprawiało mi to ogromną przyjemność. Znów zaczęłam myśleć. Gdy choć przez kilka minut nie myślę o swoim zachowaniu, nagle zaczynam to robić i zajmuje mi to kilkanaście minut więcej. W kółko to samo.

Wstałam około 12, do meczu mam jeszcze cztery godziny. Lada moment powinien zadzwonić Alonso z wiadomością, czy zagram w pierwszym składzie. Dziś nie było to tak pewne jak ostatnio. Po odświeżeniu się i poprawie wyglądu zeszłam na dół. Rodzice siedzieli w kuchni. Tata przeglądał gazetę, a matka robiła coś przy blacie. Nie interesowało mnie to zbytnio. Usiadłam przy stole kładąc na nim łokcie.
- Gotowa jesteś?- spytał tata odkładając prasę.
- Nie, nawet nie wiem czy dziś zagram.
- Napewno Javier postawi na ciebie. Jestem tego pewien.
- Od kiedy jesteście na "ty"?- nagle rozdzwonił się mój telefon. Szybko go wyjęłam i odebrałam. Rozmowa była zwięzła. Odłożyłam telefon po czym przytuliłam tatę, o mały włos nie dusząc go przy tym. - Gram od pierwszej minuty!
- Świetnie! Będę trzymał za ciebie kciuki prosto z trybun.- po krótkiej rozmowie wróciłam do pokoju po spakowaną wcześniej torbę. Zarzuciłam ją na ramię po czym z powrotem zeszłam za dół.
- Wychodzę!- krzyknęłam z przedpokoju.
- Ale masz jeszcze dwie godziny.
- Chcę się przespacerować.- odpowiadam i opuściłam mieszkanie.
Kręciłam się od Camp Nou do Mini Estadi i z powrotem. Szłam właśnie obok dużego stadionu, gdy zobaczyłam dobrze znaną mi postać. Schowałam się za jednym z zaparkowanych tam samochodów wciąż patrząc w tamtą stronę. Serce mnie bolało, że tak go potraktowałam, ale nie mogłam inaczej. Wiedziałam, że cierpi. Nie chciałam tego. Myślałam, że tak będzie lepiej. Ale, jak już zauważyliście, myślenie nie jest moją mocną stroną. Usiadł na krawężniku i patrzył na ekran telefonu. Zauważyłam, jak łza kapie z jego policzka na urządzenie. Serce mi pękło. Dlaczego moje życie polega na ciągłym ramieniu się. Raz ludzie mnie, jak Wiktoria, matka, a raz ja. Zupełnie jak teraz, ranię osobę, którą kocham. Leo na to nie zasłużył. Jestem potworem. Spojrzałam na wyświetlacz. 15.20 pora się zbierać, przecież muszę się jeszcze rozgrzać. Niewiele myśląc wstałam, a on akurat spojrzał w moją stronę. Starł łzy z policzków, już miał coś powiedzieć, lecz ja znów uciekłam. Tak jestem tchórzem! Skryłam się w szatni, gdzie nic mi już nie groziło. Przebrałam się, zawiązałam korki i z mocno bijącym sercem czekałam na koleżanki. Zamieniłyśmy kilka zadań po czym poszłyśmy na rozgrywkę.
Była 79' na boisku remis 0:0. Bardzo chciałyśmy wygrać, ale na tą chwilę wydawało się to nierealnie. Bezsensownie biegałyśmy za piłką aż straciłyśmy nadzieje. Chodziłam nieopodal bramki przeciwniczek szukając jakiejś dobrej pozycji. Wystarczyłaby nam jedna, szybka akcja, aby ustalić wynik meczu. Obróciłam głowę w prawo i zobaczyłam Carmen biegnącą w moją stronę, zaczęłam się rozpędzać, a sekundę później dostałam piękne podanie. Przebiegłam kilka metrów i oddałam piłkę Isabel, która jak zawsze pilnowała lewego skrzydła. Ona natomiast rozciągnęła grę przerzucając futbolówkę na prawo do Daniell, ta wymierzyła i dośrodkowała, a mi pozostało zakończyć akcję wbiciem piłki do siatki. Kopnęłam ją mocno, a ludzie na trybunach podnieśli się i skandowali moje imię. Przebiegłam kilka metrów od bramki po czym prosto do kamery posłałam buziaka. Moja dedykacja wyświetliła się na ekranach. Zadedykowałam gola Charlocie, tak jak obiecałam. Założę się, że skakała teraz z radości po trybunach. Chwila ta nie trwała długo, gdyż poczułam na sobie ciężar dziewczyn. Wszystkie cieszyłyśmy się z tego gola, który jak się okazało był jedynym, jaki padł dzisiejszego dnia. Zebrałyśmy kolejne trzy punkty i podniosłyśmy naszą pozycję w tabeli z 8 na 7. Stałam w tunelu oparta o ścianę. Już dawno się przebrałam, ale miałam ochotę jeszcze tu pobyć. Zauważyłam małą postać biegnącą w moją stronę. Rzuciła się w moją ramiona, a ja ją podniosłam.
- Dziękuję Emi.- pocałowała mnie w policzek.
- Nie ma za co. Jak ci się podobało?- spytałam.
- Jak dorosnę zostanę piłkarką, jak ty. Jesteś super.
- Cieszę się. Widzę, że masz moją koszulkę. Zostawiłam ją wczoraj, gdy spałaś.
- Mama mi o tym powiedziała.
- A pro po, jesteś tu z kimś?- przejęłam się.
- Tak, tatuś ze mną przyszedł.- wskazała palcem na mężczyznę stojącego niedaleko nas. Podeszłam do niego, aby się przywitać, wciąż trzymając małą na rękach.
- Dziękujemy pani.
- Nie ma za co. Jestem Emilia, nie pani.
- Conrado. Mała cały dzień czekała na mecz.
- Miło mi to słyszeć.- zarumieniłam się.
- Chyba cię bardzo polubiła. Wymieńmy się numerami może będziesz chciała się z nią zobaczyć, albo ona z tobą.- zaproponował.
- Myślę, że to dobry pomysł.- po zapisaniu numerów ruszyliśmy w drogę do wyjścia.
- My już musimy iść. Charli pożegnaj się z Emilią.
- Do zobaczenia Emi.- znów pocałowała mnie w policzek, a ja ucałowałam jej czoło i zmierzwiłam włosy.
- Do zobaczenia.- powiedziałam, gdy odchodzili, machając przy tym w ich stronę. Usiadłam na krawężniku przed wejściem i cieszyłam się wygraną. Nagle ktoś podszedł do mnie, a ja szybko się odwróciłam w jego stronę.
- Dobry wieczór, mógłbym zadać pani kilka pytań?- był to mężczyzna, dość wysoki, na oko miał dwadzieścia pięć lat, może trochę więcej. Był dziennikarzem z tutejszej gazety.
- Jasne.- podniosłam się z ziemi i uśmiechnęłam. Przedstawił mi się więc, zrobiłam to samo. Gdy byłam gotowa włączył dyktafon.
- Na początku chciałbym pogratulować pani wygranej.
- Dziękuję, ale to zasługa dziewczyn, nie moja. Ja tylko zakończyłam akcję.
- Nie dość, że piękna to jeszcze skromna.- zaczerwieniłam się, jestem tego pewna. - Świat usłyszał o pani dwa tygodnie temu po ukazaniu się w jednej z lokalnych gazet zdjęcia z Lionelem Messim, później cała Hiszpania, albo nawet Europa żyła pani niesamowitym debiutem. Nie często zdarza się, takie rozpoczęcie kariery, w dodatku w damskiej drużynie. Jak długo gra pani w piłkę? Jak zaczęła się pani przygoda z tym sportem?
- Moja przygoda z piłką zaczęła się we wrześniu, gdy dowiedziałam się, że wyjeżdżam z Polski. Po przyjeździe do Barcelony rodzice oznajmili nam, że musimy trenować, nie miałam wyboru. Z czasem pokochałam ten sport, a teraz nie wyobrażam sobie bez niego życia. Jak pan się domyśla, gram kilka miesięcy.
- To niesamowite. Nigdy wcześniej nie miała pani kontaktu z piłką? Czy była ona u pani w domu?
- Nienawidziłam tego sportu. Zawsze zastanawiłam się, co ludzie widzą w niej widzą. Teraz już wiem.- zaśmiałam się.- Futbol od zawsze był u mnie w domu. Mój tata kocha ten sport i to właśnie on zaszczepił miłość do FC Barcelony mojemu bratu. Razem zasiadali przed telewizorem i oglądali każdy mecz.
- Skoro tak dobrze znają zespół, rozumiem, że znają również Leo?
- Tak, to prawda. Mój brat jest jego wielkim fanem. Zawsze marzył żeby się z nim spotkać.
- A jednak to pani spotkała się z nim pierwsza, czy jednak poznaliście się przez pani brata?
- Leo poznałam w Ciutat Esportiva, tego dnia, gdy odbywały się testy sprawnościowe. Wpadliśmy na siebie, dokumenty, które niosłam rozsypały się wokół mnie i taki właśnie był początek. Później ja zmieniłam w swoim życiu wszystko, zaczynając od wyglądu, a po tygodniu znów się spotkaliśmy.
- Wiele dziewczyn marzy o takim spotkaniu, tym bardziej, że to Leo Messi.
- Spokojnie, ja go wtedy jeszcze nie znałam. Jak wcześniej panu wspominałam, nienawidziłam piłki. Leo był dla mnie zupełnie obcym człowiekiem, takim jak każdy na ulicy. To właśnie w nim pokochałam.
- Dzisiaj po strzelaniu gola w niespotykany sposób zadedykowała go pani. Czy mamy rozumieć, że to dla niego?
- Nie, tym razem bramka była dla Charloty. Pięciolatki, którą poznałam w parku. Jest niezwykłą dziewczynką. Obiecałam jej i jak widać słowa dotrzymałam.- zaśmiałam się.
- To miłe z pani strony. Jest sobotni wieczór, a pani siedzi na krawężniku przed Mini Estadi. Gdzie Leo, nie chcieliście uczcić sukcesu razem?
- Tak jakoś wyszło.
- Czyżby to oznaczało kryzys?
- Powiem panu stare, polskie przysłowie, a może i wy je znacie. Mowa jest srebrem, a milczenie złotem.- zaśmiałam się. Nerwowo, ale zawsze coś. Trafił na najgorszy temat. - Chyba muszę wracać do domu.
- To jeszcze jedno pytanie. Co chciałaby pani przekazać fanom?
- To ja mam jakiś fanów?- odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
- Oczywiście, jest ich setki, jak nie tysiące. Koszulki z pani nazwiskiem rozchodzą się w zawrotnym tempie.
- To miłe.
- Jeszcze jedno, już ostatnie pytanie, obiecuję. Czy numer na koszulce jest jakoś związany z Leo?
- To czysty przypadek. Gdy przyszłam do klubu akurat ten się zwolnił, był jeszcze 26, ale wolałam ten. Przepraszam, ale już naprawdę muszę iść.
- Dziękuję bardzo. Dobranoc.
- Dziękuję.- odpowiedziałam i jak najszybciej stamtąd odeszłam. W oczach powoli zaczynały zbierać mi się zły. Wróciłam do domu z nadzieją, że spokojnie wypłaczę się w poduszkę, lecz mogłam tylko o tym pomarzyć. Gdy przekroczyłam próg matka oznajmiła mi, że tata chce mi coś ważnego powiedzieć i żebym wyszła na taras. Tak jak kazała mi zrobić tak postąpiłam. Zaraz po pojawieniu się na tarasie usłyszałam otwieranie butelki i wystrzał korka od szampana. Z butelką w dłoni stał tata, a obok niego Adam z kieliszkami. Rozlali alkohol do naczyń po czym podzielili między naszą trójkę. Matka w tym czasie stała za oknem i sprzątała ze stołu.
- Gratuluję kolejnego meczu.- przytulił mnie tata.
- Ja też. Nie wiedziałam, że moja siostra jest taka dobra.- To samo zrobił Adam.
- Dziękuję wam bardzo, bardzo, bardzo.- roześmiałam się, a z oczu poleciało mi kilka łez szczęścia.
Wieczór spędzałam na tarasie w towarzystwie męskiej części naszej rodziny, świetnie się bawiąc. Już nie pamiętam, kiedy ostatnio czułam się tak dobrze. Cieszę się, że ich mam...





czwartek, 26 lutego 2015

Rozdział 13 "Co mam zrobić żeby wszystko wróciło do normy?"

Zwyk­le je­den ból pot­ra­fi uśmie­rzyć in­ny. 
Na krótko.
W za­leżności, który silniejszy. 

Dzisiaj mamy jakąś wycieczkę wiec mogłam spać trochę dłużej, jednak znając mój mózg obudziłam się po piątej. Owinęłam się kocem i wyszłam na balkon. Usiadłam na podłodze i patrzyłam jak wschodzi słońce. Koniecznie musicie to zobaczyć. Wschód jest sto razy piękniejszy niż zachód. Po drodze zabrałam z biurka telefon i słuchawki. Wyłączyłam ulubioną piosenkę i delektowałam się tą chwilą. Między innymi dla takich właśnie momentów kocham życie. Wtedy pokazuje jakie jest piękne. Siedziałam tam dość długo. Słyszałam jak miasto się budzi. Coraz więcej samochodów i pieszych, na plaży również przybywało ludzi. Większość z nich wybrała się na poranny jogging lub spacer. Przechodziło nawet kilka par uśmiechających się do siebie. Patrząc na szczęśliwych ludzi, ja sama czułam się szczęśliwsza. Teoretycznie miałam wszystko rodzinę, chłopaka, przyjaciół, pieniądze. A praktycznie nie miałam matki, a z tatą dopiero zaczynam rozmawiać, Leo niby był, ale coś w środku sprawia, że boję się do niego zbliżyć. Moje zaufanie podupadło. Przyjaciół mam, ale kręci się Lona, która tylko czeka na moje potknięcie. A pieniądze, one szczęścia nie dają. Zapomniałam jeszcze o piłce, tutaj też daje o sobie znać Lona. Cóż jak widać moje idealne życie wcale takie nie jest, ale przywykłam. Od zawsze tak było i najwidoczniej tak już musi być. Część osób rodzi się na wygranej pozycji, a ja urodziłam się w środku tego biegu zwanego "życiem". Moje rozmyślania przerwał budzik. Wyłączyłam go i zeszłam na dół, w kuchni kręciła się matka. Nie patrząc na nią zabrałam banana po czym powędrowałam do pokoju. Zjadłam go, a później przygotowałam do wyjścia. Gdy byłam już gotowa spakowałam do torebki najważniejsze rzeczy i ze słuchawkami w uszach wyszłam z domu. Z uśmiechem na twarzy mijałam kolejne uliczki, aby po dwudziestu minutach zatrzymać się pod budynkiem szkoły. Na placu nie było nikogo, pomijając woźnego Josepha, który kombinował coś przy schodach. Usiadłam na ławce, po czym zamknęłam oczy, rozkoszując się muzyką. Nagle poczułam ciężar na swoich kolanach. Uniosłam powieki i zobaczyłam Diego oraz Enrique, którzy okupują moje nogi. Zaśmiałam się głośno i kazałam im złazić.
- Jesteście za cieżcy.- jęknęłam. Popatrzyli na siebie głośno się śmiejąc. - Nienawidzę was.- założyłam ręce na piersi.
- Już się nie gniewaj panno Messi.- Diego popatrzył na mnie błagalnie.
- Co?!- krzyknęłam zarzucając ich z siebie i wstając na równe nogi.
- Spokojnie wszyscy już o tym wiedzą.
- Cholera jasna.- syknęłam.
- Wyrażaj się.- zwrócił się do mnie Enrique udając naszą nauczycielkę od hiszpańskiego. Po prostu nie mogłam się nie roześmiać. - Gratuluję piątkowego meczu.
- A dziękuję, dziękuję.
- Zaliczyć taki debiut. Pewnie jest o tobie gorąco w całej Katalonii.
- Katalonii? Całym świecie.- poprawił przyjaciela Diego. Pokręciłam bezsilnie głową. - Nasza malutka Emi stała się gwiazdą.
- Od razu gwiazdą. Rozpoznawalną osobą.
- Nie bądź taka skromna.- zaśmiał się. - Ej Enri, już nie mamy u niej szans.
- Wybrała Messiego. Z góry byliśmy skazani na przegraną.- żartowali.
- Ale ja zawsze będę was kochać, oczywiście jak braci.- przytuliłam ich obu naraz. Uwielbiam tę dwójkę. Zawsze potrafią mnie pocieszyć. Są niesamowici i w sumie to oni nauczyli mnie grać. To im zawdzięczam sukces.
- No proszę, proszę, kogo my tu mamy.- naszą sielankę przerwała Lona.
- Daruj sobie.- odwróciłam się do niej.
- Leo wie, co robisz w szkole? Chyba nie byłby zadowolony.
- Nic ci do tego.- syknęłam.
- Zostaw ją. Wszyscy wiemy, że jej zazdrościsz. Chciałabyś być na jej miejscu, od dawna się w nim kochasz. To już nie jest sympatia do idola, to chora fascynacja.- powiedział jej prosto w twarz Diego, a ona uniosła głowę i odeszła na bok. Wtedy zrozumiałam wszystko. Ona jest zakochana w Messim. Jest tą psychofanką, czy jakoś tak.
- Dziękuję za pomoc.
- Nie ma za co. Od tego masz braci.- zaśmialiśmy się, a ja potargałam ich włosy. Sprawiło mi to małą trudność bo wzrostem nie grzeszę, a oni są naprawdę wysocy. Założę się, że mają ponad 190 centymetrów. Oczywiście nie pozostali mi dłużni.
- Co robicie z moją biedną Emi?- zaśmiała się Daniell podchodząc do nas. W sumie byliśmy taką klasową, i nie tylko, grupą przyjaciół. Na przerwach zawsze razem, gdy mieliśmy łączone treningi też razem, wtedy tylko dołączał do nas Adam, a Dani częściowo odpływała.
Gdy cała klasa się zebrała, wychowawczyni przeliczyła nas po czym wsiedliśmy do autokaru. Nasza święta czwórca zajęła ostatnie miejsca.
Wróciłam do domu po czwartej, totalnie wykończona. Za dwie godziny mam trening, a moje zapasy sił wynoszą okrągłe 0. Zabrali nas do jakiegoś skansenu i kazali chodzić za przewodnikiem. Nudy, jak nigdy. Gdy wraz z Daniell zaczęłam jęczeć, że bolą nas nogi, chłopcy wzięli nas na barana i zaczęli nosić. Nigdy nie zapomnę miny naszej wychowawczyni. Bezcenne. - Postawcie je, zaraz się połamiecie, zadzwonię po rodziców... I tak dalej. Kocham tę kobietę... Mam nadzieję, że czujecie ten sarkazm, który gdyby mógł wypłynąłby niczym Nil do Morza Śródziemnego, lub Wisła do Bałtyku. Emilia, jakie ty tworzysz porównania, niedługo zostaniesz Kochanowskim.
Matki nie było w domu więc spokojnie mogłam się wylegiwać na sofie, jedząc kanapki i nie czekając na opiepsz. Uwielbiam ten stan. Gdy spakowałam torbę, wyszłam z domu zamykając go na klucz i poszłam na przystanek. Jako, że nie miałam siły postawić chociażby kroku, postawiłam dzisiaj na komunikację miejską. Rzadko zdarza mi się jej używać, ale w dni takie jak ten dziękuję Bogu, że istnieje. W Esportiva byłam za piętnaście szósta. Od razu skierowałam się do szatni. Przebrałam się dość szybko i poszłam na boisko. Na miejscu zastałam Daniell rozmawiającą z moim bratem, który kilka minut temu zakończył swój trening. Zapewne zdawała mu relacje z wycieczki. Postanowiłam im nie przeszkadzać więc odeszłam trochę dalej i zaczęłam podbijać piłkę, wykonując różne tricki. Ostatnio bardzo często tak robię, gdy mi się nudzi. Niedużo czasu mi to zajęło, bo pojawił się Alonso. Jak zawsze przywitał nas z uśmiechem po czym zawołał do siebie.
- Gdzie Lona?- spytał rozglądając się. - Nie ważne.- wzruszył ramionami. - Mam dla was myślę dobrą wiadomość. Dzisiaj ćwiczycie z pierwszym zespołem. Przejdziemy na ich boisko, zaraz powinni tam czekać.- po tych słowach zrobiło mi się gorąco. Jak to z pierwszym zespołem? Przecież on tam będzie, wszyscy będą na nas patrzeć, a ja nie potrafię udawać, że jest okej, gdy tak właśnie nie jest. Szłyśmy właśnie na sąsiednie boisko. Dziewczyny tarikotały jak najęte, a ja zamyślona nawet ich nie słuchałam. Zapewne cieszyły się, że poznają Xaviego, Iniestę, czy chociażby Messiego, a ja już ich znałam. Znałam i lubiłam, a nawet z nimi trenowałam. Z zamyślenia wyrwał mnie głos trenera.
- Tylko bez romansów.- zaśmiał się. - Emilia to się tyczy szczególnie ciebie.
Również się uśmiechnęłam, lecz nie było czasu na odpowiedź bo weszliśmy na murawę. Chłopcy nie byli zdziwieni więc Martino musiał ich wcześniej powiadomić. Trenerzy przywitali się, a później nas przedstawili. Gdy skończyła się ta szopka mieliśmy pięć minut czasu wolnego. Stałam bezmyślnie wpatrując się w logo Barcelony, które stąd było świetnie widoczne, gdy ktoś przerzucił mnie przez ramię. Och! Nie, znowu to samo.
- Neymar puść mnie, proszę.- jęknęłam.
- Zaraz.- zbył nie, normalnie mnie zbył.
- Emilia, co ja ci mówiłem!- usłyszałam krzyk trenera.
- Trenerze, ale to nie ja.- odpowiedziałam usprawiedliwiając się. Brazylijczyk zatrzymał się, postawił mnie i objął ramieniem. Nareszcie mogłam poczuć grunt pod nogami. - Ej kolego, co tu robi ta ręka?- spytałam chwytając jego palca.
- Puść to boi.
- Ty nie chciałeś mnie postawić.
- Ale to co innego.
- No dobrze, ale jeśli jeszcze raz to zrobisz to połamię ci wszystkie palce, ręce i nogi, a jak będę miała dobry humor to jeszcze kark.- zaśmiałam się niczym morderca w filmach akcji.
- Leo zabierz ją ode mnie.- Neymar przestawił mnie, niemal pakując w ramiona Lio. Objął mnie w pasie i położył głowę na moim ramieniu. Lekko drgnęłam. Mój organizm wciąż reaguje na jego dotyk. Na ustach raz malowało mi się zamieszanie raz uśmiech. Trenerzy zarządzili zbiórkę, w tym momencie dziękowałam za to Bogu. Puścił mnie, a ja mogłam spokojnie oddalić się od niego i przemyśleć całą tą sytuację.
- Rozgrzewka jak zawsze, a później dobierzecie się w pary i wykonacie kilka ćwiczeń.- oznajmili, a my zaczęliśmy biegać. Starałam się być w tłumie, aby go nie spotkać. Tak unikałam go, ale nie potrafiłam zrobić niczego innego. Widziałam, że go ranię, lecz sama bałam się jego dotyku. To dla mnie zbyt trudne. Za szybko się to dzieje. Widziałam, że na mnie patrzył, tym swoim smutnym, jaki i czułym spojrzeniem.
Rozgrzewka się zakończyła, podbiegłam do Daniell i zajęłam ją sobie jako parę. Stałyśmy obok siebie, gdy on do nas podszedł. Znów serce zaczęło mi szybciej bić. Czułam te słynne motylki, ale nie mogłam się przełamać.
- Pozwolisz zagrać mi z twoją przyjaciółką? Myślę, że Neymar nie będzie narzekał.- spytał jej, a ona popatrzyła na mnie. Widziałam, że się waha. Była rozdarta.
- Idź, będzie dobrze.- szepnęłam jej do ucha. Skinęła głową i pobiegła do Brazylijczyka. Przywitali się ciepło, a my staliśmy jak dwa słupy soli. Ciszę panującą między nami przerwał głos Alonso, który podyktował nam ćwiczenie. Musieliśmy stać dość blisko siebie więc znów miałam problem.
- Emi porozmawiajmy.- przerwał ciszę, która zapadła na nowo.
- Dobrze.- odparłam próbując się skupić.
- Widzę, co się dzieje. Nie chcesz rozmawiać, a mojego dotyku unikasz, jak ognia. Nie wiem co mam robić, byś zmieniła zdanie.
- Leo.- zaczęłam, lecz musiałam zebrać myśli. - Możesz uznać mnie za kretynkę i największą egoistkę, ale ja się najzwyczajniej boję. Boje się twojego dotyku, słów. Boję się, że znów zostać zraniona. Nie chcę już cierpieć.- rozpłakałam się siadając na murawę, w miejscu, w którym stałam. Zrobił to samo.
- Emi nie płacz. Ja cię rozumiem. To ja wszystko spiepszyłem. To moja wina, a twoje reakcje są normalne.- przysunął się i mnie przytulił. Wtedy go potrzebowałam, potrzebowałam czyjegoś ciepła, a on był najbliżej. - Chciałbym coś zmienić, ale nie wiem jak? Co mam zrobić żeby wszystko wróciło do normy?
- Po prostu bądź przy mnie. Ostatnio zbyt dużo się dzieje, a ja już przestaję sobie z tym radzić.- mocniej się w niego wtuliłam. Słyszałam, jak szybko bije jego serce. Czułam się winna za taki stan rzeczy, jaki teraz między nami jest.
- Codziennie marzę żeby cię zobaczyć, a gdy cię widzę, marzę żeby cię przytulić, a gdy cię przytulę lub choćby dotknę pragnę poczuć twoje ciepłe usta na swoich, ale wtedy ty odchodzisz. Zostawiasz mnie samego ze świadomością, że jestem okropny.- oddaliłam się na chwilę, by móc spojrzeć w jego brązowe tęczówki, które kochałam, i które teraz wypełniały łzy. Zrozumiałam, że nie mogę go ranić, a łudzenie się, że dam radę nie ma sensu.
- Leoś ja już nie mogę patrzeć, jak cierpisz, ale sama nie potrafię sobie poradzić. Zapomnijmy o wszystkim co było między nami tak będzie lepiej, dla nas obojga. Przepraszam.- pocałowałam po raz ostatni i pobiegłam. Po drodze wpadłam na Neymara. Spojrzał na mnie i puścił. Wiedział, że zatrzymanie mnie, nic tu nie pomoże. Słyszałam Leo, który biegł za mną i krzyczał, ale niedługo. Wbiegłam do szatni zabrałam torbę po czym wyszłam. Robiłam wszystko jak najszybciej żeby nie mógł mnie dogonić. Uciekałam stamtąd. Uciekłam, jak tchórz od problemów. Wolałam udawać, że ich nie ma niż stawić im czoła. Zachowałam się jak pieprzony tchórz! Biegłam przemierzając kolejne ulice Barcelony, cała zapłakana. Łzy spływały mi po policzkach coraz szybciej i szybciej. Zatrzymałam się w parku, przez który wiedzie droga do domu. Usiadłam na ławce i podkuliłam nogi pod samą brodę. Siedziałam, płakałam i nie potrafiłam przestać. Nagle podeszła do mnie mała dziewczynka, pociągnęła za moją koszulkę. Szybko otarłam łzy, a ona popatrzyła na mnie w skupieniu.
- Pani to Emilka?- spytała nie zmieniając kierunku wzroku.
- Tak, to ja. A ty jak masz na imię?- posłałam jej wymuszony uśmiech, na nic innego nie było mnie stać. Zajęła miejsce obok mnie. Widocznie nad czymś myślała.
- Charlota. Dlaczego pani płacze?
- Nie płaczę, łzy zaczęły mi lecieć jak biegłam z treningu i nie jestem pani.- zaśmiałam się do niej. Wyglądała na pięcio, może sześciolatkę, ale była bardzo mądra.
- Nie prawda.- założyła ręce na piersi. - Płaczesz bo stało się coś bardzo, bardzo smutnego. Nie jesteś już z Leo?
- Widzisz w życiu tak czasem bywa, że raz czuje się do kogoś ogromne uczucie, a później coś się dzieje i uczucie, mimo że nie znika bardzo nas boli.
- To znaczy, że Leo jest zły?- posadziłam ją sobie na kolanach. Nie chciałam żeby tak myślał. Był jej idolem, jak pewnie większości dzieci w tym wieku. Poza tym Leo jest wzorem... Prawie.
- Nie, oczywiście, że nie. On jest idolem setek tysięcy ludzi na całym świecie. Takich małych, jak ty lub takich dużych jak ja, albo twoja mama. To że nam nie nie udało, nie oznacza, że fani mają przestać go kochać...
- Ale ty już go nie kochasz.- przerwała mi.
- Nadal go kocham, ale nie możemy być razem.
- Czemu?- spytała przechylając główkę.
- Czasem bywa tak, że gdy ludzie są ze sobą kłócą się lub nawzajem ranią, a gdy się rozstają stają się lepsi.
- Czyli jeśli kogoś bardzo kochamy, ale się z tą osobą kłócimy i ranimy to lepiej jest odejść.
- Właśnie tak Charloto.- uśmiechnęłam się do niej ciepło.
- Jesteś bardzo fajna. Już wiem dlaczego Leo pokochał właśnie ciebie.- mocno się do mnie przytuliła. - Ciebie też kocham, tak jak Leo. Obiecuję, że przyjdę na twój mecz.
- A ja obiecuję, że strzelę dla ciebie bramkę.
- Naprawdę, dla mnie?- spytała patrząc na mnie z niedowierzaniem.
- Dla ciebie. Umówmy się, że prześlę ci buziaka.- powtórzyłam. -  A teraz mi powiedz, czy nie powinnaś wracać do domu?
- Powinnam, ale chyba się zgubiłam.
- Zaraz zaprowadzę cię do domku. Powiedz na jakiej mieszkasz ulicy?- dziewczyna podyktowała mi adres. Dobrze wiedziałam, gdzie to jest. W sumie niedaleko mnie. Wzięłam ją na ręce. Gdy szłyśmy, wtulona w moją szyję zasnęła. Weszłam do kamienicy której, adres mi podała i zapukała do drzwi nr 34. Po chwili otworzyła mi kobieta na oko miała trzydzieści lat.
- Znalazłam pani córkę.- powiedziałam, a ona zaprosiła mnie do środka. Skierowała mnie do pokoju dziewczynki, a ja ją tam położyłam.
- Gdzie była? Cały dzień jej szukamy. Zadzwonię do męża, że jest już w domu bezpieczna.- Wybrała numer i zadzwoniła.
- Była w parku, obok boiska.- odpowiedziałam, gdy zakończyła rozmowę.
- Tyle razy jej mówiłam żeby tam nie zostawała. Nie wiem dlaczego tak kocha piłkę.
- Nie da się zrozumieć miłości do piłki, ja sama się o tym przekonałam. Jeśli będzie chciała grać, nich to robi. Proszę ją we wszystkim wspierać. Mają państwo naprawę mądrą i śliczną córeczkę. Charlota jest niesamowita. Chciałbym jej coś podarować.- zdjęłam z siebie koszulkę treningową, złożyłam na niej podpis pod czym założyłam bluzkę, w której wyszłam na trening. - Przepraszam, ale muszę już wracać do domu.- powiedziałam zakładając torbę na ramię.
- Jeszcze raz pani dziękuję. Jesteśmy pani dłużnikami do końca życia.
- Wystarczy, że zrobicie państwo to o co was poprosiłam.- uśmiechnęłam się. Naciskałam klamkę, gdy ona się odezwała.
- Już wiem skąd panią kojarzę. Jest pani piłkarką i dziewczyną Lionela Messiego. Od weekendu mała jest panią zachwycona.
- To miłe.- uśmiechnęłam się po raz ostatni i wyszłam.
Wróciłam do domu. Taty nie było, matka jak zawsze sprzątała, a Adam siedział u siebie. Weszłam do swojego pokoju i położyłam się na łóżku. Okryłam się kołdrą, wtulona w poduszkę zaczęłam cicho płakać. Nie chciałam, by ktokolwiek mnie słyszał...