sobota, 4 kwietnia 2015

Rozdział 23 "W tej sprawie nikt nie może pomóc."

Ge­ny to jeszcze nie rodzina. 

W stolicy Katalonii byliśmy cztery godziny później. Podczas drogi zasnęłam, a Leo obudził mnie dopiero pod moim domem. Weszłam do środka, gdzie przywitałam się z bratem i tatą, po czym skierowałam się prosto do swojego pokoju. Byłam wykończona całym dniem, jak i przebytą drogą. Nie zmieniając ubrań położyłam się do łóżka, gdzie po kilku minutach zasnęłam.
Obudził mnie dzwoniący budzik. Przetarłam zaspane oczy i rozejrzałam się dookoła. Słońce oświetlało część pokoju, co sprawiało, że robiło się w nim ciepło. Przeciągnęłam się leniwie, zakrywając głowę drugą poduszką. Miałam ochotę dalej spać, jednak moje plany jak zawsze nie mogły się ziścić. Dokładnie minutę później do mojej oazy spokoju wbiegł Adam, rozwalając się na łóżku. Jęknęłam głośno, aby dać mu do zrozumienia, że przeszkodził mi w w tej jakże istotnej czynności, jaką miałam zamiar zrobić. Roześmiał się tylko, po czym dosłownie się na mnie położył.
- Adam idiotko, zejdź ze mnie.- zarządziłam.
- Tylko nie idiotko. Poza tym opowiadaj co się działo przez ostatnie dwa dni.
- Nic ciekawego.- odparłam bez żadnych uczuć. - Zejdź to ci powiem.- moje polecenie wykonał w trybie natychmiastowym. Zaśmiałam się z jego zachowania. Usiadłam na poduszkach opierając głowę o jego ramię i zaczęłam streszczać dwa ostatnie dni spędzone poza domem.
- Ja wydawałem setki pieniędzy na koszulki z jego nazwiskiem, a ty tak po prostu zabierasz je z jego szafy.- zaśmialiśmy się oboje. - Swoją drogą to radzę ci się ruszyć bo za półtorej godziny musimy być w szkole.
- Co?!- krzyknęłam. Jestem prawie pewna, że słyszeli mnie nasi sąsiedzi, jak nie okoliczne pięć ulic. Zaczęłam biegać po całym domu, aby znaleźć najpotrzebniejsze rzeczy. Miałam szczęście, że wcześniej wszystko sobie przygotowałam. Założyłam białą koszulę i czarną spódniczkę. Ma dole czekała już na mnie męska cześć naszej rodziny. Obaj szeroko i jednocześnie głupkowato się uśmiechali. Tego nie spodziewałam się po ojcu. Popatrzyłam na nich mrożącym spojrzeniem, a oni się zaśmiali.
- Stało się coś? Jestem brudna?- zaczęłam oglądać każdy centymetr swojego stroju.
- Nie, ale weź jogurt, torbę i wyjdź na dwór.- oznajmił tato.
- Po co?
- Nie pytaj tylko wyjdź.- rozkazał mój brat. Pilnie wykonałam ich polecenia. Zabrałam wskazane rzeczy, założyłam szpilki i otworzyłam drzwi. Pierwsze co zrobiłam to szeroko się uśmiechnęłam. Przed furtką stał Leo w ciemnych okularach, oparty o samochód. Widok boski... Podbiegłam do niego i mocno go przytuliłam. Chwilę wisiałam ma jego szyi, a następnie przywitał mnie pocałunkiem w czubek głowy.
- Co ty tutaj robisz?
- Jestem twoim prywatnym kierowcą.- oznajmił z szerokim uśmiechem. - Przyjechałem zawieźć cię na egzamin.- dodał otwierając mi drzwi od strony pasażera. Chwilę później, zajął swoje miejsce i ruszył w kierunku liceum. Podczas długiej drogi, którą zawdzięczaliśmy korkom, dużo rozmawialiśmy, głównie o niczym. Starł się, abym nie myślała o egzaminie. Po prawie godzinie jazdy zaparkował pod budynkiem szkoły. Otworzył mi drzwi. Do rozpoczęcia miałam jeszcze dwadzieścia minut więc zatrzymał mnie przez sobą. Stałam oparta o samochód, a on naprzeciwko mnie. - Nareszcie mogę to zrobić.- powiedział szeptem, a następnie złożył na moich ustach pocałunek. Uśmiechnęłam się, co nam przerwało.
- A wcześniej nie mogłeś?
- Przy twoim tacie? Nigdy.- zaśmiał się. - Słyszałem kilka historii o ojcach, którzy pilnują swoich córek.
- Bez przesady... No dobra jednak to było przemyślane. Mój tata też tak robi.- zaśmiałam się cicho. - Ciesz się, że nie miałeś z nim jeszcze pogadanki o opiece i trosce nad córką.
- Już niedługo.- spojrzałam na zegarek widniejący na mojej ręce.
- Leo muszę już biec...- nie dokończyłam zdania, gdyż zamknął mi usta w krótkim pocałunku.
- Powodzenia.
- Nie dziękuję.- krzyknęłam prawie biegnąc do budynku.
Przywitałam się ze znajomymi, do rozpoczęcia mieliśmy jeszcze pięć minut. Wymieniliśmy kilka zdań, głównie o tym, jak bardzo jesteśmy zestresowani. Po tym czasie zaproszono nas do sali. Wszystkie klasy były zmieszane. Rozmieszczeni byliśmy w kilku salach, a siedzieliśmy zgodnie z kolejnością alfabetyczną. Rozdano nam arkusze, wytłumaczono podstawowe zasady i  mogliśmy  zaczynać. Otworzyłam sprawdzian, a na widok jego zawartości poczułam, jak robi mi się gorąco. Dopiero teraz zaczęłam odczuwać silny stres. Zamknęłam oczy na kilka sekund, abym mogła się skupić. Wzięłam długopis do ręki i zaczęłam czytać treść,  a następnie zaznaczać odpowiedzi.
Po dwóch godzinach wyszłam z sali na przerwę, która obowiązywała wszystkich egzaminowanych.

Ostatnie trzy tygodnie minęły w zawrotnym tempie. Wiele się działo. Te kilka dni egzaminów były dramatem. Miałam dość siebie, a w dodatku bolała mnie już głowa. Przez te dni przybyło mi więcej siwych włosów niż przez prawie osiemnaście lat. Stres mnie wykańczał. Na szczęście miałam przy sobie bliskich. W moim życiu prawie nic się nie zmieniło. Pomijając sytuację w tabeli. Tydzień temu wskoczyłyśmy na trzecie miejsce. Co prawda dla nas sezon już prawie się zakończył. Szansy na drugie miejsce nie mamy, gdyż do końca pozostały nam dwa mecze. W lidze mistrzów niestety długo nie pognałyśmy. Paryżanki wygrały 2:1,  więc musiała być dogrywka. W karnych zwyciężyły one. Iga jest świetną bramkarką i takich popisów w bramce nie powstydziłby się nawet Neuer, czy Casillas.
- Emi jesteś tu?- nagle zobaczyłam dłoń Leo przed swoim nosem.
- Przepraszam znów się zamyśliłam.- odpowiedziałam, na co zareagował westchnęciem.
- A to jak ci się podoba?- zapytał znudzony. Rozejrzałam się po mieszkaniu kolejny już raz.
- Zdecydowanie nie.- westchnęłam ze smutkiem. Miałam dość szukania odpowiedniego lokum dla siebie. Kilka miesięcy temu powiedziałam, że wyprowadzam się z domu i mam zamiar tak zrobić. Nie będę znosiła tej kobiety dłużej niż do 20 maja.
- To już czwarte mieszkanie dzisiaj i ósme w tym tygodniu.
- Wiem, mnie też to męczy, ale wybór domu to bardzo ważna decyzja. Nie zmienia się jej co tydzień.
- Zamieszkaj ze mną, będzie szybciej i prościej.
- Nie...- pokręciłam od razu głową. Ta opcja nie wchodziła w grę. Nie mogłam zwalić mu się na głowę. - Może później.- dodałam, gdy jego mina wskazywała lekki smutek. - Pójdziemy do tego ostatniego? Proszę...- zatrzepotałam rzęsam,  na co tylko przewrócił oczami.
- Dobrze, ale to już ostatnie.- przytuliłam go po czym pojechaliśmy obejrzeć moją ostatnią deskę ratunku.
Z zewnątrz kamienica nie różniła się niczym od reszty budynków w Barcelonie. Było to typowe zabudowanie, które zresztą bardzo mnie urzekło. Weszliśmy do środka mieszkania. Było przestronne, ale nie za duże. W środku wyglądało bardzo dobrze. Nie było zagracone meblami. Dominował minimalizm, czyli to co lubię. Od razu się zauroczyłam.
- Ile będzie kosztował czynsz?- spytałam właściciela, który nie odstępował nas na krok.
- 400 euro miesięcznie.
- Dobra cena.- wzruszyłam ramionami. - Kiedy można się wprowadzić?- zapytałam. Z wiadomych powodów zależało mi na czasie.
- Nawet teraz. Podpisujemy umowę, wpłaca pani trzy raty czynszu i klucze są pani.- poinformował mnie mężczyzna.
- Zgadzam się. Proszę przygotować umowę.- oznajmiłam do niego. Wyszedł, a Leo spojrzał na mnie karcącym spojrzeniem. - No co?
- Zastanów się. To prawie centrum. Tłumy turystów, imprezy i tym podobne.
- Dla mnie to nawet lepiej. Mniej wydam na bilety.- Podeszłam do okna, przez które wyjrzałam. Dopiero teraz zobaczyłam ten niezwykły widok. Niedaleko stąd było Camp Nou. Widok po prostu poezja. Po kilku minutach przyszedł mężczyzna. Przeczytałam umowę, którą podpisałam. Otrzymałam dwie pary kluczy.
Opadłam na kanapę, chwilę później się na niej położyłam. Leo położył się obok mnie. Oparłam głowę o jego tors, a on mnie przytulił. Westchnęłam cicho.
- Za tydzień będę miała osiemnaście lat. Czy to ma w ogóle jakieś znaczenie?
- Dla mnie nie ma żadnego.- pocałował mnie w czubek głowy. - Kocham cię taką, jaka jesteś.
- Ja ciebie też Leo...
Kilka minut przed dwudziestą Messi odwiózł mnie do domu. Pożegnaliśmy się, po czym weszłam do środka. Moja radość jednak nie trwała zbyt długo, zaraz w przedpokoju pojawiła się matka. Patrzyła na mnie zabójczym spojrzeniem, lecz zlekceważyłam ją.
- Gdzie byłaś tyle czasu?- spytała zakładając ręce na piersi. To pytanie również zignorowałam. Przeszłam do kuchni, a ona szła krok w krok za mną. Nie chciała odpuścić. - Pytam gdzie byłaś?- podniosła głos. Powoli nalewałam wody do szklanki, a następnie upiłam z niej kilka łyków.
- Byłam z Leo.- oznajmiłam bez żadnych uczuć.
- Czy ja ci nie mówiłam, że masz się z nim nie spotykać? On nie jest dla ciebie odpowiedni.- znacząco podniosła głos.
- On jest nieodpowiedni?- spytałam kpiąco. - Będę się z nim spotykała, czy tego chcesz, czy nie.
- O nie moja panno! On jest od ciebie starszy aż o siedem lat. Pobawi się tobą i cię zostawi, a ja nie chcę widzieć jak płaczesz po nocach.- krzyczała.
- Skąd możesz o tym wiedzieć? Rozmawiałaś z nim kiedykolwiek? Nie!- Również zaczęłam krzyczeć. Miałam dość jej morałów. Nie znała go i nie miała prawa go oceniać. Tym bardziej mówić takie okropne rzeczy.
- Nie muszę go znać. Wszyscy wiemy, co robicie przez tyle czasu. Tylko, że ja nie chcę zostać babcią.
- Jesteś podła! Własną córkę masz za dziwke. Mam cię dość!- wyminęłam ją, po czym pobiegłam do swojego pokoju. Zamknęłam się na klucz, aby nie mogła otworzyć drzwi. Jeszcze przez jakiś czas coś do mnie krzyczała. Nie słuchałam jej, gdyż z szafy wyjęłam dwie walizki i pakowałam do nich kolejne rzeczy. Po półtorej godziny i zebraniu wszystkich podstawowych przedmiotów oraz ubrań zeszłam na dół z bagażami. Zaczęłam zakładać buty, gdy w korytarzu pojawili się rodzice, a raczej tata i osoba, która jedynie mnie urodziła.
- Dziecko, gdzie ty idziesz?- spytał przejęty.
- Wyprowadzam się.- odpowiedziałam zakładając skórzaną kurtkę.
- Jak to się wyprowadzasz?- patrzył na mnie  z niedowierzaniem.
- Normalnie. Po pierwsze nie będę mieszkała z osobą, która mnie nie szanuje. Po drugie mam już dość tych obelg. Po trzecie kilka miesięcy temu powiedziałam wam, że się wyprowadzę.
- Dziecko proszę cię, zastanów się jeszcze. Przecież nikt cię stąd nie wyrzuca.- podszedł i mocno mnie przytulił. Przymknęłam powieki, gdyż w oczach zaczęły zbierać mi się łzy.
- Tato ja już podjęłam decyzję.- oznajmiłam jak najbardziej spokojnym tonem. Wypierałam uczucia, bo wiedziałam, że w innym przypadku rozpłaczę się tam jak małe dziecko, czego bardzo bym nie chciała.
- Powiedz chociaż, gdzie będziesz mieszkała.
- Dzisiaj wynajęłam mieszkanie. Miałam się tam wprowadzić za tydzień, ale jak widać trochę to przyspieszyłam. Nie martw się. W najbliższym czasie się odezwę. Pozdrów Adama.- uniosłam rączki walizek.
- Dobrze kochanie.- mocno mnie uścisnął. - Będę czekał na wiadomość od ciebie.
- Pa tato.- wyszeptałam przechodząc przez próg.
- Papa Emiś...
Wyjęłam telefon i zadzwoniłam po taksówkę. Stałam na chodniku kilka domów dalej. Płakałam niczym małe dziecko. Nie mogłam się uspokoić choćby na krótki moment. W głębi serca nie chciałam opuszczać domu. Ja ich wszystkich... Prawie wszystkich kochałam. Taryfa zjawiła się bardzo szybko. Taksówkarz zapakował walizki, a ja podałam mu adres. Jechaliśmy kilka minut, może kilkanaście. Prawdę mówiąc straciłam rachubę czasu. Spojrzał na mnie w lusterku wstecznym.
- Czy stało się coś złego?- zapytał.
- Nie, wszystko w porządku.- próbowałam uspokoić oddech, lecz na nic mi się to zdawało.
- Może mogę jakoś pomóc?
- W tej sprawie nikt nie może pomóc.
O nic więcej nie pytał. Po prawie godzinie jazdy dotarłam pod kamienicę. Taksówkarz wyjął mój bagaż, ja mu zapłaciłam po czym odjechał. Ruszyłam do wejścia. Otworzyłam drzwi, walizki zostawiłam na środku przejścia i położyłam się na kanapie. Skuliłam się w kulkę i zaczęłam jeszcze bardziej płakać. Byłam bezsilna. Już nie chciałam się nad tym użalać, ale inaczej nie potrafiłam. Gdzieś w głębi duszy wciąż ją kochałam. Mimo że wyrządziła mi wiele złego. Niespodziewanie rozdzwonił się mój telefon, lecz go nie odebrałam. Nie chciałam z nikim rozmawiać. Marzyłam, by zostać sama. Jedyne czego potrzebowałam to spokój i cisza, tak mi się wydawało. Dzwoniący nie ustępował, więc wyłączyłam komórkę i rzuciłam ją na stolik.
Nie wiem ile czasu trwałam w ciszy, ile płakałam, a ile nie miałam siły na życie. Usłyszałam dzwonek do drzwi. Nie otworzyłam. Nie chciałam tu wścibskich sąsiadek w wieku mojej babci. Udawałam, że mnie nie ma, lecz osoba za drzwiami nie ustępowała. Podeszłam do nich i lekko je uchyliłam, wcześniej ocierając policzki. Musiałam zgrywać choćby pozory. Nim zdążyłam zareagować w środku stał już Leo. Zauważyłam, że był bardzo zdenerwowany.
- Dlaczego nie odbierasz tego cholernego telefonu?!- spytał podniesionym tonem, a z moich oczu znów pociekły łzy. Rozpłakałam się niczym małe dziecko. - Emi, przepraszam...- powtarzał spokojnie. - Ja nie chciałem.- Mówił do mnie łagodnym głosem, pozwalając abym się w niego wtuliła. To właśnie tego potrzebowałam, nie ciszy, a jego - mojego Leo. Bez wypowiadania zbędnych słów staliśmy na środku przejścia. Miałam ochotę wyć z żalu i bezsilności. - Ej, skarbie...- próbował mnie pocieszać, głaszcząc moje plecy, lecz chyba nie mógł znaleźć odpowiednich słów. Podniósł mnie delikatnie i posadził dopiero na sofie. Uklęknął naprzeciwko mnie, obejmując moje dłonie. - Hej, nie wolno ci płakać.- otarł moje policzki, lecz zaraz znów zrobiły się mokre. - Kochanie co się stało? Adam za wiele nie chciał mi powiedzieć.- westchnął spoglądając na mnie smutnymi oczyma.
- Pokłóciłam się z matką... Głównie o ciebie.- jąkałam się.
- Emilia.
- Co?!
- Nie możesz kłócić się o mnie.
- Ale ona powiedziała, że... że...- Tak się rozpłakałam, że nie mogłam wypowiedzieć żadnego słowa.
- Cichutko...- szeptał. - Już jestem, a ona nic więcej ci nie zrobi. Nie płacz Emiś...- powiedział siadając obok mnie i obejmując silnymi ramionami. Wtuliłam się w niego i słuchałam jego bijącego serca.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz