niedziela, 19 kwietnia 2015

Rozdział 24 "To hiszpański sen, z którego nie chcę się obudzić."

Po­całunek to mi­lion słów,

które chciałabym Ci po­wie­dzieć w jed­nej sekundzie"

Nadszedł ten wyjątkowy dzień, na który czeka chyba każdy nastolatek. Dzisiaj mija osiemnaście lat od moich narodzin. Jak każdy młody człowiek, tak i ja z bratem organizowaliśmy imprezę. Zaprosiliśmy najbliższych znajomych, lecz okazało się, że jest ich zbyt dużo, aby zmieścić ich w moim mieszkaniu. Postanowiliśmy wynająć klub przy plaży. W Barcelonie było już bardzo ciepło, więc jedna noc w blasku księżyca nie sprawi nam problemów. Na organizację imprezy wydałam prawie całe wynagrodzenie z klubu za kwiecień. Narazie nie zarabiam kokosów, ale tata powiedział mi, że chodzą pogłoski, iż we wrześniu podpiszę nowy kontrakt z całkiem ładną sumką. Nie myślcie, że jestem matrailistką. Oczywiście nie pieniądze są najważniejsze. W piłkę mogłabym grać nawet za darmo.
Na plaży mieliśmy pojawić się godzinę wcześniej, aby sprawdzić, czy wszystko jest przygotowane, jak powinno. Była 17.30, czyli miałam jeszcze dwie i pół godziny do rozpoczęcia. Poczynając od rana z każdą godziną denerwowałam się coraz bardziej. Wracając do obliczania czasu... Ale ze mnie matematyczka. Kto by pomyślał. Powoli musiałam zacząć się przygotowywać. Poszłam do łazienki, gdzie wzięłam dość długą, odprężającą kąpiel. Następnie wysuszyłam włosy i zakręciłam je w fale, zrobiłam makijaż, a gdy skończyłam doprowadzać twarz do stanu używalności, poszłam do pokoju, by założyć sukienkę, kupioną dwa dni temu, specjalnie na tę okazję. Moim zdaniem była piękna i już nie mogłam się doczekać kiedy ją ubiorę. Poradziłam sobie z nią bez problemów. Z pudełka wyjętego z głębi szafy wyjęłam parę czarnych szpilek na platformie z paseczkiem przy kostce. Do kopertówki schowałam wszystkie potrzebne rzeczy i już miałam wychodzić, gdy usłyszałam dzwonek do drzwi. Natychmiast pobiegłam je otworzyć. W progu stał Adam, który zaraz wpakował się do mieszkania. Spojrzał na mnie kilka razy z góry na dół i z powrotem.
- Coś nie tak?- spytałam.
- Wyglądasz pięknie i gdybym nie był twoim bratem, już byłabyś moja.- obrócił mnie kilka razy, śmiejąc się przy tym. Poczułam, jak moje policzki oblewa czerwień. Puścił moją dłoń i powędrował w głąb mieszkania. Tak Adam, czuj się jak u siebie. Po co pytać o zdanie. Ciekawe czy pomyślał co by było gdyby po salonie chodził jakiś mężczyzna w bokserkach. Oczywiście żartuję (mam nadzieję, że wyczuliście moje niezwykłe poczucie humoru).
- Adam za pół godziny musimy być w klubie.- oznajmiłam, a on zbył mnie zwykłym "wiem", po czym zasiadł przed laptopem. Wyszukał coś, a następnie przywołał mnie do siebie.
- Wszystkie portale plotkarskie o nas piszą.
- Zostaw te bzdury. Zaraz się spóźnimy.- próbowałam go popędzić, lecz on na nic nie reagował i czytał jakiś artykuł.
- Zamów taksówkę, a ja to doczytam i możemy wychodzić.- odpowiedział machając ręką w moją stronę. Nie zdążyłam wykręcić numeru telefonu do jednej z barcelońskich korporacji, gdy powtórnie zadzwonił dzwonek do drzwi. Pobiegłam tam i je otworzyłam. W progu stał Leo ubrany w jasnoróżową koszulę z podwiniętymi rękawami oraz krótkie spodenki. Stał bez ruchu wpatrując się chyba w każdy skrawek mojego ciała. Czułam się jednocześnie niezręcznie i bosko. Pomachałam mu przed twarzą, aby się ocknął. Zareagował kilkukrotnym zamruganiem powiekami. Wszedł do środka, gdzie niemal natychmiast wpił się w moje wargi. Całował mnie tak, że aż prawie zabrakło mi tchu. Przerwało nam chrząknięcie Adama. Stał w przejściu do salonu z rękoma założonymi na biodrach. Leo przywitał się z nim uściskiem dłoni.
- Idź czytać te swoje artykuły.- oznajmiłam wskazując palcem na salon. Zaśmiał się, po czym wrócił do poprzedniej czynności. Zaprosiłam Lio do kuchni, gdzie zaczęłam wyjmować szklanki z szafek.
- Zostaw to.- oznajmił przytulając mnie od tyłu. - To nie będzie potrzebne.- dodał obracając mnie w swoją stronę. - Mam dla ciebie skromny podarunek.- zza pleców wyjął prostokątne czerwone pudełko. Od razu domyśliłam się, że jest to biżuteria. Zrobiło mi się głupio, bo nigdy nie lubiłam jak wydawał na mnie pieniądze. Kupował mi drogie rzeczy, a ja nie miałam nic w zamian. - Otwórz.- popatrzyłam na niego niepewnie, a następnie na pudełko. Uchyliłam wieczko i ukazał mi się piękny naszyjnik. Był zrobiony raczej z białego złota i wysadzany czarnymi kamieniami. Zamknęłam pudełko. - Nie mogę tego przyjąć.- skierowałam je w stronę piłkarza, a on spojrzał na mnie zdezorientowany. - To musiało kosztować fortunę.- dodałam.
- Kupiłem to specjalnie dla ciebie. Nie możesz mi tego oddać.- pokręcił głową.
- Ale Leoś to jest zbyt drogi prezent.- powtórzyłam swoją argumentację.
- Myślałem, że ci się spodoba...- spuścił głowę, spoglądając w podłogę. Podniosłam jego podbródek, tak by mógł na mnie patrzeć.
- Bardzo mi się podoba, ale nie mogę ciągle obarczać cię kosztami. Zawsze kupujesz mi obiad, kawę, a teraz jeszcze to. Oczywiście naszyjnik jest śliczny, ale...
- To przyjmij go i zrób mi tą przyjemność.- przerwał mi, czym sprawił, że zaczęłam się wahać.
- Dobrze.- westchnęłam. Piłkarz z uśmiechem otworzył pudełeczko i wyjął biżuterię. Położył ją na moim dekolcie. Podniosłam włosy, by łatwiej było mu ją zapiąć. Chwilę później piękny naszyjnik wisiał na mojej szyi, a jego usta łączyły się z tylną częścią tego miejsca. Odchyliłam głowę, czując przyjemne ciarki. Leo potrafił świetnie wykorzystać słabość jaką do niego mam.
Na plażę dotarliśmy o 19,  nie spóźniliśmy się tylko dzięki Leo, który zawiózł tam brata i mnie. Załatwiliśmy formalności, sprawdziliśmy wszystko i pół godziny przed rozpoczęciem imprezy, gotowi czekaliśmy na gości.
Witaliśmy się z kolejnymi osobami, które tej nocy miały nam towarzyszyć. Składali nam życzenia i wręczali prezenty. Cieszyłam się, że tą wyjątkową noc spędzę z bliskimi osobami. Uwielbiałam ich.
Siedziałam właśnie przy barze pijąc słodkiego, kolorowego drinka. Nagle tłum się rozsunął, a z niego wyszły dwie młode dziewczyny z papierowym czapeczkami na głowie, przy tym głośno śpiewając mi "sto lat". Zaśmiałam się zeskakując z wysokiego krzesełka. Przytuliłam je mocno na powitanie.
- Tak się cieszę, że was widzę.
- My też.- zaśmiała się blondynka.
- Swoją drogą to muszę się na was obrazić.- pogroziłam im palcem. - Powiedziałyście, że was nie będzie.
- Chciałyśmy zrobić ci niespodziankę.
- I wam się udało.
- Hola belleza señorita!- krzyknął biegnący w naszą stronę Neymar. Najpierw przywitał się z Anką, a później przytulił oraz pocałował w policzek Igę. Mimo że było dość ciemno, zauważyłam jak dziewczyna się rumieni. Pociągnął ją za rękę, nawet nie pytając o zdanie i zaprowadził na parkiet, gdzie zaczęli tańczyć.
- Ty też uważasz, że on i ona...- spytałam Michalskiej, gdy obie patrzyłyśmy na przyjaciółkę.
- Zdecydowanie tak.- nachyliła się, aby szepnąć mi coś do ucha. - Chodzą pogłoski, że w przyszłym sezonie Iga ma grać u was.- powiedziała, a ja zaczęłam się zastanawiać.
- Bardzo możliwe.- potwierdziłam. Usiadłyśmy przy barze, a Ania zamówiła słodki trunek. - Noelle odchodzi do Anglii więc będzie nam brakowało bramkarza. Sądzisz, że PSG zgodzi się na transfer?
- Może być ciężko, ale w tym roku kończy się jej kontrakt, poza tym jeśli Barcelona wyłoży za nią ładną sumę to ją sprzedadzą.- niespodziewanie obok nas pojawił się Jonathan dos Santos.
- Emi, co to za ładna pani siedzi obok ciebie?- spytał patrząc na nią.
- Ta ładna pani to Ania i jest moją koleżanką z reprezentacji.- oznajmiłam z szerokim uśmiechem. Podczas zgrupowania dużo rozmawiałyśmy i zwierzyła mi się, że bardzo długo nie była w związku, więc dlaczego by nie poznać ich ze sobą. Jona to miły chłopak, a Michalska napewno jest w jego typie. Do naszej małej grupki podszedł Leo z szerokim uśmiechem. Przywitał się z Anką, a mnie złapał za rękę.
- Wybaczcie, ale porywam moją piękną narzeczoną.- zaśmiał się do pozostałej dwójki i pociągnął mnie na parkiet. Nie zdążyliśmy nawet zatańczyć do piosenki, która właśnie leciała, gdy dj zmienił utwór na wolniejszy. Messi przysunął mnie do siebie, obejmując w pasie. Ja natomiast zarzuciłam ręce na jego szyję i w ten sposób kołysaliśmy się w spokojny rytm muzyki. Patrzyliśmy się sobie w oczy, a cały świat przestał dla nas istnieć. Mogliśmy milczeć, a mimo to czuliśmy się niesamowicie. Leo nachylił się nade mną, jeszcze przez chwilę mi się przyglądając.
- Wyglądasz dzisiaj wyjątkowo pięknie.- szepnął, następnie musnął moje usta. Poczułam jak mocno go kocham oraz nie wyobrażałam sobie życia bez niego. Stał się mi bardzo bliski. Kto by pomyślał, że za sprawą zwykłego potrącenia nasza znajomość tak się rozwinie. A ja głupia nie chciałam się przeprowadzać.
Tańczyliśmy już kolejną szybką piosenkę z rzędu, a obok nas pojawiła się Iga z Neymarem. Ich spojrzenia się krzyżowały. Ona patrzyła na niego ze stresem, ale i radością, a on spoglądał na nią wzrokiem pożądania. Nie tego jednorazowego, a pragnienia bliskości i uczucia z jej strony. Idealnie do siebie pasowali, lecz wyglądali jakby  bali się o tym powiedzieć. Byłam pewna, że muszę im w tym pomóc.
- Nasz Ney chyba wpadł w sidła miłości.- zaśmiałam się do Leo, wskazując mu parę.
- Myślisz, że on tak na poważnie? Że wreszcie znajdzie kogoś na dłużej?- spojrzał w ich stronę.
- Jestem tego pewna. Zobacz jak na siebie patrzą, jak się dotykają...- wyliczałam, gdy poczułam, jak ręka piłkarza zjeżdża na moje pośladki, a następnie mnie do siebie przysuwa.
- Tak dotyka?- spytał z cwaniackim uśmieszkiem. - Tak całuje?- pytał składając pocałunek na mojej szyi. - Tak pragnie?- zachłannie wpił się w moje usta. To co zrobił bardzo mnie zaskoczyło. Zupełnie się tego po nim nie spodziewałam. Byłam w szoku, ale nie twierdzę, że mi się nie podobało... Bo podobało i to bardzo. Nagle ktoś mnie uniósł, czym przeszkodził nam w tej cudownej chwili. Rozejrzałam się i zobaczyłam Enrique, który niósł mnie na środek parkietu. Obok niego kroczył dumny Diego. Postawił mnie na środku obok Adama, który był równie zdezorientowany jak ja. Nagle wszyscy zaczęli nam po polsku śpiewać sto lat, a ja ze wzruszenia się popłakałam. Wtuliłam się w brata, a gdy skończyli wjechał piękny tort. Była równo północ, a ja cieszyłam się wraz ze znajomymi. Było pięknie.
- Pora na chrzciny!- krzyknął Diego przerzucając mnie przez swoje ramię. Enrique oraz Daniell złapali Adama za ręce i nogi i wraz w bagażami w naszej postaci pobiegli do morza, do którego nas wrzucili. Mój makijaż oraz sukienkę szlag trafił, mimo to śmiałam się jak głupia.

Impreza zakończyła się po piątej. Wszyscy goście opuścili już lokal, w którym pozostała nas czwórka - ja, Adam, Daniell i Leo. Właściwie to z górą prezentów siedzieliśmy na plaży w oczekiwaniu na taksówkę. Opierałam się o obojczyki piłkarza, a przyjaciółka wraz z moim bratem wyglądali niemal identycznie.
- Adam wracasz do domu?- przerwałam ciszę. Nie zdążył odpowiedzieć, bo przerwała mu Hiszpanka.
- Narazie nie...- zachichotała. Mogłam się domyślić, co się będzie działo więc postanowiłam o nic więcej nie pytać, jak i nie komentować.
Taksówka zjawiła się już piętnaście minut później. Torby włożyliśmy do bagażnika, a sami wsiedliśmy do środka. Byłam wykończona, ale szczęśliwa. Ta noc była niesamowita i jeśli moje życie mam spędzić w gronie tych ludzi to z chęcią w to wchodzę. Potrafią mnie rozbawić, jak i wysłuchać. Jednym słowem są wspaniali. Wiem, że powtórzę to kolejny raz, lecz cieszę się z przeprowadzki. Ten szalony pomysł taty przerodził się w coś magicznego. To hiszpański sen, z którego nie chcę się obudzić.
Tak się zamyśliłam, że nie zauważyłam kiedy wysiadł brat z przyjaciółką, a my Zatrzymaliśmy się pod kamienicą. Leo zapłacił, podzieliliśmy się torbami i weszliśmy na pierwsze piętro, gdzie mieściło się moje mieszkanie. Z trudem udało mi się otworzyć drzwi. Przekręciłam klucz, łokciem nacisnęłam klamkę i kopnęłam je, gdyż brakowało mi ręki, którą mogłabym je popchnąć.
- Gdzie mam to zostawić?
- Postaw w salonie, jutro się tym zajmę.- odpowiedziałam piłkarzowi idąc do kuchni. Wyjęłam dwie szklanki, nalałam do nich soku pomarańczowego, a gdy Argentyńczyk zjawił się obok mnie podałam mu jedną. Wypiliśmy napój w idealnej ciszy, delektując się jego smakiem.
- Powinienem już wracać.- westchnął odkładając szklankę i ruszając do drzwi.
- Leo!- zawołałam, gdy był w przedpokoju. Obrócił się, a ja podeszłam bliżej. - Dziękuję, że cały czas przy mnie byłeś.- uśmiechnęłam się kładąc dłoń na jego policzku. Delikatnie złączyłam nasze wargi.
- Nie masz za co.- odpowiedział przerywając. W skupieniu mu się przyglądałam. Nie chciałam żeby mnie opuszczał. Chciałam go mieć już na zawsze przy sobie. Wspięłam się na palce tym razem zachłannie go całując. Nie sprzeciwiał się temu, a oddawał każdy z nich. Przyparł mnie do ściany, a ja położyłam ręce na jego torsie. Schodził z pocałunkami coraz niżej, przez co rozpływałam się coraz bardziej. Panował nad moim ciałem lepiej niż ja sama. Z małą pomocą objęłam jego biodra nogami. Powoli kierował się do sypialni, a gdy wreszcie tam dotarł ułożył mnie delikatnie na łóżku. Zawisnął nade mną. Wpatrywał się we mnie z lekkim uśmiechem.
- Jesteś taka piękna... Nie wiem, jak ludzie mogli cię tak bardzo ranić. Obiecuję, że już nikt nigdy ci tego nie zrobi. Kocham cię Emi...- szeptał dotykając moich policzków nosem.
- Leo bo ja... Ja jeszcze... To znaczy... No wiesz...- jąkałam się. Nie potrafiłam wypowiedzieć żadnego logicznego zdania. Przerwał moją gadaninę pocałunkiem.
- Wiem Emiś. Wystarczy jedno twoje słowo, a przestanę i zaczekam ile będziesz chciała.- powiedział z troską. Uniosłam się, aby złączyć nasze usta, czym chciałam pokazać mu swoją decyzję. Przejechał dłonią po moim udzie, co wywołało we mnie ciarki.
- Leoś ja się...- szepnęłam przerywając.
- Spokojnie skarbie pamiętaj, że wystarczy jedno twoje słowo.- powrócił do poprzedniej czynności. Rozpiął zamek mojej sukienki, a ja odpinałam guziczki jego koszuli, którą chwilę później rzuciłam gdzieś w kąt pokoju. Nie musiałam długo czekać na jego reakcję. Moment później sukienka leżała w bliżej nieokreślonym miejscu.
- Kocham cię...- szeptał zmieniając miejsca pocałunków. Wplotłam palce w jego ciemne włosy.
- Ja ciebie też Leoś.- szepnęłam odchylając głowę, gdy całował moją szyję. Teraz nie liczyło się nic poza nami...



sobota, 4 kwietnia 2015

Rozdział 23 "W tej sprawie nikt nie może pomóc."

Ge­ny to jeszcze nie rodzina. 

W stolicy Katalonii byliśmy cztery godziny później. Podczas drogi zasnęłam, a Leo obudził mnie dopiero pod moim domem. Weszłam do środka, gdzie przywitałam się z bratem i tatą, po czym skierowałam się prosto do swojego pokoju. Byłam wykończona całym dniem, jak i przebytą drogą. Nie zmieniając ubrań położyłam się do łóżka, gdzie po kilku minutach zasnęłam.
Obudził mnie dzwoniący budzik. Przetarłam zaspane oczy i rozejrzałam się dookoła. Słońce oświetlało część pokoju, co sprawiało, że robiło się w nim ciepło. Przeciągnęłam się leniwie, zakrywając głowę drugą poduszką. Miałam ochotę dalej spać, jednak moje plany jak zawsze nie mogły się ziścić. Dokładnie minutę później do mojej oazy spokoju wbiegł Adam, rozwalając się na łóżku. Jęknęłam głośno, aby dać mu do zrozumienia, że przeszkodził mi w w tej jakże istotnej czynności, jaką miałam zamiar zrobić. Roześmiał się tylko, po czym dosłownie się na mnie położył.
- Adam idiotko, zejdź ze mnie.- zarządziłam.
- Tylko nie idiotko. Poza tym opowiadaj co się działo przez ostatnie dwa dni.
- Nic ciekawego.- odparłam bez żadnych uczuć. - Zejdź to ci powiem.- moje polecenie wykonał w trybie natychmiastowym. Zaśmiałam się z jego zachowania. Usiadłam na poduszkach opierając głowę o jego ramię i zaczęłam streszczać dwa ostatnie dni spędzone poza domem.
- Ja wydawałem setki pieniędzy na koszulki z jego nazwiskiem, a ty tak po prostu zabierasz je z jego szafy.- zaśmialiśmy się oboje. - Swoją drogą to radzę ci się ruszyć bo za półtorej godziny musimy być w szkole.
- Co?!- krzyknęłam. Jestem prawie pewna, że słyszeli mnie nasi sąsiedzi, jak nie okoliczne pięć ulic. Zaczęłam biegać po całym domu, aby znaleźć najpotrzebniejsze rzeczy. Miałam szczęście, że wcześniej wszystko sobie przygotowałam. Założyłam białą koszulę i czarną spódniczkę. Ma dole czekała już na mnie męska cześć naszej rodziny. Obaj szeroko i jednocześnie głupkowato się uśmiechali. Tego nie spodziewałam się po ojcu. Popatrzyłam na nich mrożącym spojrzeniem, a oni się zaśmiali.
- Stało się coś? Jestem brudna?- zaczęłam oglądać każdy centymetr swojego stroju.
- Nie, ale weź jogurt, torbę i wyjdź na dwór.- oznajmił tato.
- Po co?
- Nie pytaj tylko wyjdź.- rozkazał mój brat. Pilnie wykonałam ich polecenia. Zabrałam wskazane rzeczy, założyłam szpilki i otworzyłam drzwi. Pierwsze co zrobiłam to szeroko się uśmiechnęłam. Przed furtką stał Leo w ciemnych okularach, oparty o samochód. Widok boski... Podbiegłam do niego i mocno go przytuliłam. Chwilę wisiałam ma jego szyi, a następnie przywitał mnie pocałunkiem w czubek głowy.
- Co ty tutaj robisz?
- Jestem twoim prywatnym kierowcą.- oznajmił z szerokim uśmiechem. - Przyjechałem zawieźć cię na egzamin.- dodał otwierając mi drzwi od strony pasażera. Chwilę później, zajął swoje miejsce i ruszył w kierunku liceum. Podczas długiej drogi, którą zawdzięczaliśmy korkom, dużo rozmawialiśmy, głównie o niczym. Starł się, abym nie myślała o egzaminie. Po prawie godzinie jazdy zaparkował pod budynkiem szkoły. Otworzył mi drzwi. Do rozpoczęcia miałam jeszcze dwadzieścia minut więc zatrzymał mnie przez sobą. Stałam oparta o samochód, a on naprzeciwko mnie. - Nareszcie mogę to zrobić.- powiedział szeptem, a następnie złożył na moich ustach pocałunek. Uśmiechnęłam się, co nam przerwało.
- A wcześniej nie mogłeś?
- Przy twoim tacie? Nigdy.- zaśmiał się. - Słyszałem kilka historii o ojcach, którzy pilnują swoich córek.
- Bez przesady... No dobra jednak to było przemyślane. Mój tata też tak robi.- zaśmiałam się cicho. - Ciesz się, że nie miałeś z nim jeszcze pogadanki o opiece i trosce nad córką.
- Już niedługo.- spojrzałam na zegarek widniejący na mojej ręce.
- Leo muszę już biec...- nie dokończyłam zdania, gdyż zamknął mi usta w krótkim pocałunku.
- Powodzenia.
- Nie dziękuję.- krzyknęłam prawie biegnąc do budynku.
Przywitałam się ze znajomymi, do rozpoczęcia mieliśmy jeszcze pięć minut. Wymieniliśmy kilka zdań, głównie o tym, jak bardzo jesteśmy zestresowani. Po tym czasie zaproszono nas do sali. Wszystkie klasy były zmieszane. Rozmieszczeni byliśmy w kilku salach, a siedzieliśmy zgodnie z kolejnością alfabetyczną. Rozdano nam arkusze, wytłumaczono podstawowe zasady i  mogliśmy  zaczynać. Otworzyłam sprawdzian, a na widok jego zawartości poczułam, jak robi mi się gorąco. Dopiero teraz zaczęłam odczuwać silny stres. Zamknęłam oczy na kilka sekund, abym mogła się skupić. Wzięłam długopis do ręki i zaczęłam czytać treść,  a następnie zaznaczać odpowiedzi.
Po dwóch godzinach wyszłam z sali na przerwę, która obowiązywała wszystkich egzaminowanych.

Ostatnie trzy tygodnie minęły w zawrotnym tempie. Wiele się działo. Te kilka dni egzaminów były dramatem. Miałam dość siebie, a w dodatku bolała mnie już głowa. Przez te dni przybyło mi więcej siwych włosów niż przez prawie osiemnaście lat. Stres mnie wykańczał. Na szczęście miałam przy sobie bliskich. W moim życiu prawie nic się nie zmieniło. Pomijając sytuację w tabeli. Tydzień temu wskoczyłyśmy na trzecie miejsce. Co prawda dla nas sezon już prawie się zakończył. Szansy na drugie miejsce nie mamy, gdyż do końca pozostały nam dwa mecze. W lidze mistrzów niestety długo nie pognałyśmy. Paryżanki wygrały 2:1,  więc musiała być dogrywka. W karnych zwyciężyły one. Iga jest świetną bramkarką i takich popisów w bramce nie powstydziłby się nawet Neuer, czy Casillas.
- Emi jesteś tu?- nagle zobaczyłam dłoń Leo przed swoim nosem.
- Przepraszam znów się zamyśliłam.- odpowiedziałam, na co zareagował westchnęciem.
- A to jak ci się podoba?- zapytał znudzony. Rozejrzałam się po mieszkaniu kolejny już raz.
- Zdecydowanie nie.- westchnęłam ze smutkiem. Miałam dość szukania odpowiedniego lokum dla siebie. Kilka miesięcy temu powiedziałam, że wyprowadzam się z domu i mam zamiar tak zrobić. Nie będę znosiła tej kobiety dłużej niż do 20 maja.
- To już czwarte mieszkanie dzisiaj i ósme w tym tygodniu.
- Wiem, mnie też to męczy, ale wybór domu to bardzo ważna decyzja. Nie zmienia się jej co tydzień.
- Zamieszkaj ze mną, będzie szybciej i prościej.
- Nie...- pokręciłam od razu głową. Ta opcja nie wchodziła w grę. Nie mogłam zwalić mu się na głowę. - Może później.- dodałam, gdy jego mina wskazywała lekki smutek. - Pójdziemy do tego ostatniego? Proszę...- zatrzepotałam rzęsam,  na co tylko przewrócił oczami.
- Dobrze, ale to już ostatnie.- przytuliłam go po czym pojechaliśmy obejrzeć moją ostatnią deskę ratunku.
Z zewnątrz kamienica nie różniła się niczym od reszty budynków w Barcelonie. Było to typowe zabudowanie, które zresztą bardzo mnie urzekło. Weszliśmy do środka mieszkania. Było przestronne, ale nie za duże. W środku wyglądało bardzo dobrze. Nie było zagracone meblami. Dominował minimalizm, czyli to co lubię. Od razu się zauroczyłam.
- Ile będzie kosztował czynsz?- spytałam właściciela, który nie odstępował nas na krok.
- 400 euro miesięcznie.
- Dobra cena.- wzruszyłam ramionami. - Kiedy można się wprowadzić?- zapytałam. Z wiadomych powodów zależało mi na czasie.
- Nawet teraz. Podpisujemy umowę, wpłaca pani trzy raty czynszu i klucze są pani.- poinformował mnie mężczyzna.
- Zgadzam się. Proszę przygotować umowę.- oznajmiłam do niego. Wyszedł, a Leo spojrzał na mnie karcącym spojrzeniem. - No co?
- Zastanów się. To prawie centrum. Tłumy turystów, imprezy i tym podobne.
- Dla mnie to nawet lepiej. Mniej wydam na bilety.- Podeszłam do okna, przez które wyjrzałam. Dopiero teraz zobaczyłam ten niezwykły widok. Niedaleko stąd było Camp Nou. Widok po prostu poezja. Po kilku minutach przyszedł mężczyzna. Przeczytałam umowę, którą podpisałam. Otrzymałam dwie pary kluczy.
Opadłam na kanapę, chwilę później się na niej położyłam. Leo położył się obok mnie. Oparłam głowę o jego tors, a on mnie przytulił. Westchnęłam cicho.
- Za tydzień będę miała osiemnaście lat. Czy to ma w ogóle jakieś znaczenie?
- Dla mnie nie ma żadnego.- pocałował mnie w czubek głowy. - Kocham cię taką, jaka jesteś.
- Ja ciebie też Leo...
Kilka minut przed dwudziestą Messi odwiózł mnie do domu. Pożegnaliśmy się, po czym weszłam do środka. Moja radość jednak nie trwała zbyt długo, zaraz w przedpokoju pojawiła się matka. Patrzyła na mnie zabójczym spojrzeniem, lecz zlekceważyłam ją.
- Gdzie byłaś tyle czasu?- spytała zakładając ręce na piersi. To pytanie również zignorowałam. Przeszłam do kuchni, a ona szła krok w krok za mną. Nie chciała odpuścić. - Pytam gdzie byłaś?- podniosła głos. Powoli nalewałam wody do szklanki, a następnie upiłam z niej kilka łyków.
- Byłam z Leo.- oznajmiłam bez żadnych uczuć.
- Czy ja ci nie mówiłam, że masz się z nim nie spotykać? On nie jest dla ciebie odpowiedni.- znacząco podniosła głos.
- On jest nieodpowiedni?- spytałam kpiąco. - Będę się z nim spotykała, czy tego chcesz, czy nie.
- O nie moja panno! On jest od ciebie starszy aż o siedem lat. Pobawi się tobą i cię zostawi, a ja nie chcę widzieć jak płaczesz po nocach.- krzyczała.
- Skąd możesz o tym wiedzieć? Rozmawiałaś z nim kiedykolwiek? Nie!- Również zaczęłam krzyczeć. Miałam dość jej morałów. Nie znała go i nie miała prawa go oceniać. Tym bardziej mówić takie okropne rzeczy.
- Nie muszę go znać. Wszyscy wiemy, co robicie przez tyle czasu. Tylko, że ja nie chcę zostać babcią.
- Jesteś podła! Własną córkę masz za dziwke. Mam cię dość!- wyminęłam ją, po czym pobiegłam do swojego pokoju. Zamknęłam się na klucz, aby nie mogła otworzyć drzwi. Jeszcze przez jakiś czas coś do mnie krzyczała. Nie słuchałam jej, gdyż z szafy wyjęłam dwie walizki i pakowałam do nich kolejne rzeczy. Po półtorej godziny i zebraniu wszystkich podstawowych przedmiotów oraz ubrań zeszłam na dół z bagażami. Zaczęłam zakładać buty, gdy w korytarzu pojawili się rodzice, a raczej tata i osoba, która jedynie mnie urodziła.
- Dziecko, gdzie ty idziesz?- spytał przejęty.
- Wyprowadzam się.- odpowiedziałam zakładając skórzaną kurtkę.
- Jak to się wyprowadzasz?- patrzył na mnie  z niedowierzaniem.
- Normalnie. Po pierwsze nie będę mieszkała z osobą, która mnie nie szanuje. Po drugie mam już dość tych obelg. Po trzecie kilka miesięcy temu powiedziałam wam, że się wyprowadzę.
- Dziecko proszę cię, zastanów się jeszcze. Przecież nikt cię stąd nie wyrzuca.- podszedł i mocno mnie przytulił. Przymknęłam powieki, gdyż w oczach zaczęły zbierać mi się łzy.
- Tato ja już podjęłam decyzję.- oznajmiłam jak najbardziej spokojnym tonem. Wypierałam uczucia, bo wiedziałam, że w innym przypadku rozpłaczę się tam jak małe dziecko, czego bardzo bym nie chciała.
- Powiedz chociaż, gdzie będziesz mieszkała.
- Dzisiaj wynajęłam mieszkanie. Miałam się tam wprowadzić za tydzień, ale jak widać trochę to przyspieszyłam. Nie martw się. W najbliższym czasie się odezwę. Pozdrów Adama.- uniosłam rączki walizek.
- Dobrze kochanie.- mocno mnie uścisnął. - Będę czekał na wiadomość od ciebie.
- Pa tato.- wyszeptałam przechodząc przez próg.
- Papa Emiś...
Wyjęłam telefon i zadzwoniłam po taksówkę. Stałam na chodniku kilka domów dalej. Płakałam niczym małe dziecko. Nie mogłam się uspokoić choćby na krótki moment. W głębi serca nie chciałam opuszczać domu. Ja ich wszystkich... Prawie wszystkich kochałam. Taryfa zjawiła się bardzo szybko. Taksówkarz zapakował walizki, a ja podałam mu adres. Jechaliśmy kilka minut, może kilkanaście. Prawdę mówiąc straciłam rachubę czasu. Spojrzał na mnie w lusterku wstecznym.
- Czy stało się coś złego?- zapytał.
- Nie, wszystko w porządku.- próbowałam uspokoić oddech, lecz na nic mi się to zdawało.
- Może mogę jakoś pomóc?
- W tej sprawie nikt nie może pomóc.
O nic więcej nie pytał. Po prawie godzinie jazdy dotarłam pod kamienicę. Taksówkarz wyjął mój bagaż, ja mu zapłaciłam po czym odjechał. Ruszyłam do wejścia. Otworzyłam drzwi, walizki zostawiłam na środku przejścia i położyłam się na kanapie. Skuliłam się w kulkę i zaczęłam jeszcze bardziej płakać. Byłam bezsilna. Już nie chciałam się nad tym użalać, ale inaczej nie potrafiłam. Gdzieś w głębi duszy wciąż ją kochałam. Mimo że wyrządziła mi wiele złego. Niespodziewanie rozdzwonił się mój telefon, lecz go nie odebrałam. Nie chciałam z nikim rozmawiać. Marzyłam, by zostać sama. Jedyne czego potrzebowałam to spokój i cisza, tak mi się wydawało. Dzwoniący nie ustępował, więc wyłączyłam komórkę i rzuciłam ją na stolik.
Nie wiem ile czasu trwałam w ciszy, ile płakałam, a ile nie miałam siły na życie. Usłyszałam dzwonek do drzwi. Nie otworzyłam. Nie chciałam tu wścibskich sąsiadek w wieku mojej babci. Udawałam, że mnie nie ma, lecz osoba za drzwiami nie ustępowała. Podeszłam do nich i lekko je uchyliłam, wcześniej ocierając policzki. Musiałam zgrywać choćby pozory. Nim zdążyłam zareagować w środku stał już Leo. Zauważyłam, że był bardzo zdenerwowany.
- Dlaczego nie odbierasz tego cholernego telefonu?!- spytał podniesionym tonem, a z moich oczu znów pociekły łzy. Rozpłakałam się niczym małe dziecko. - Emi, przepraszam...- powtarzał spokojnie. - Ja nie chciałem.- Mówił do mnie łagodnym głosem, pozwalając abym się w niego wtuliła. To właśnie tego potrzebowałam, nie ciszy, a jego - mojego Leo. Bez wypowiadania zbędnych słów staliśmy na środku przejścia. Miałam ochotę wyć z żalu i bezsilności. - Ej, skarbie...- próbował mnie pocieszać, głaszcząc moje plecy, lecz chyba nie mógł znaleźć odpowiednich słów. Podniósł mnie delikatnie i posadził dopiero na sofie. Uklęknął naprzeciwko mnie, obejmując moje dłonie. - Hej, nie wolno ci płakać.- otarł moje policzki, lecz zaraz znów zrobiły się mokre. - Kochanie co się stało? Adam za wiele nie chciał mi powiedzieć.- westchnął spoglądając na mnie smutnymi oczyma.
- Pokłóciłam się z matką... Głównie o ciebie.- jąkałam się.
- Emilia.
- Co?!
- Nie możesz kłócić się o mnie.
- Ale ona powiedziała, że... że...- Tak się rozpłakałam, że nie mogłam wypowiedzieć żadnego słowa.
- Cichutko...- szeptał. - Już jestem, a ona nic więcej ci nie zrobi. Nie płacz Emiś...- powiedział siadając obok mnie i obejmując silnymi ramionami. Wtuliłam się w niego i słuchałam jego bijącego serca.



Rozdział 22 "w przyszłości stanę się starą, zrzędliwą babą."

Miłość nie stoi w miejscu, nie czeka jak kamień; trzeba ją stworzyć - jak chleb - przez cały czas trzeba ją stwarzać na nowo. 

Dzisiejszy dzień miałam spędzić z Leo. Miał być cały tylko dla nas. Od mojego powrotu z Paryża, czyli ponad dwóch tygodni, nie mamy dla siebie czasu. Oni grają w lidze hiszpańskiej, lidze mistrzów i Copa del Ray. My również jesteśmy zajęte. Po wczorajszym wygranym spotkaniu nasza pozycja podniosła się o jedno miejsce, z czego jesteśmy bardzo dumne. W dodatku poza treningami i lekcjami cały mój wolny czas zajmowała nauka do egzaminu, który odbędzie się już za dwa dni. Nie jestem zadowolona z powodu, że muszę zaprzestać naukę, ale obiecałam mu i muszę dotrzymać słowa.
Rzeczywiście cały dzień spędziliśmy razem. Zaczęliśmy od spaceru, później był obiad, siedzenie na plaży aż do teraz, gdy właśnie przekraczamy próg domu Leo. Na dworze zapadał już mrok, a my postanowiliśmy obejrzeć jakiś film. Usiadłam na kanapie, a on polecił mi wybrać jakiś film, a sam zniknął w kuchni.

~*~

Cieszyłem się, że wreszcie mogę spędzić czas z Emi. Od kilku tygodni praktycznie się nie widujemy. Od czasu do czasu mijamy się w Ciutat i tyle. Tęskniłem za nią, więc zaproponowałem spędzenie całego dnia razem. Na początku trochę marudziła, lecz po krótkich namowach się zgodziła.
Gdy zapadał zmrok, doszliśmy do wniosku, że chcielibyśmy obejrzeć jakiś film. W tym celu udaliśmy się do mojego domu. Zostawiłem ją na kanapie z kilkoma pudełkami z płytami oraz otwartą na ekranie telewizora wypożyczalnią. Sam udałem się do kuchni, aby przygotować coś do picia i popcorn. Do salonu wróciłem po pięciu minutach. Zobaczyłem ją leżącą na sofie i zwiniętą w kulkę. Przytulała poduszkę, a na jej ustach widniał delikatny uśmiech. Wyglądała niczym mała dziewczynka, która śni o wycieczce do Disneylandu. Delikatnie ją uniosłem i powędrowałem z nią na górę. Położyłem ją na łóżku zdejmując jej pudrowy sweterek, a następnie przykryłem ją kołdrą. Sam się przebrałam i położyłem obok niej. Przekręciła się cicho mrucząc, po czym wtulona w moje ramię śniła dalej. Przez dłuższy czas spoglądałem na nią i myślałem. Tyle się między nami wydarzyło. Trudny początek, potem kłótnia, a na koniec Manita. Nasze miesięczne rozstanie sprawiło, że teraz jesteśmy do siebie bardziej przywiązani. Poza tym mam obok siebie cudowną narzeczoną, którą bardzo kocham. Przy niej czuję się szczęśliwy.

Słońce wpadało przez źle zamknięte rolety, ogrzewając przy tym nasze twarze. Nie śpię już od godziny, przyglądam się mojej narzeczonej i myślę... Narzeczona... Pięknie to brzmi. Wiele osób pytało mnie, czy nie pospieszyłem się z tym krokiem, lecz ja wiem, że Emilia jest tego warta. Mocno ją kocham i nie wyobrażam sobie życia bez niej. To co działo się jeszcze dwa miesiące temu to był istny koszmar. Ale teraz może być już tylko lepiej.
Spojrzałem na jej twarz. Powoli otworzyła powieki po czym przetarła je piąstkami i ziewnęła.
- Widzę, że moja śpiąca królewna już wstała.
- Co się stało? Nic nie pamiętam.
- Poszedłem po sok, a gdy wróciłem ty już spałaś. Przeniosłem cię tutaj. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko, że tu spałem.
- Dziękuje, ja miałabym mieć coś przeciwko?- zaśmiała się cicho, słodko marszcząc przy tym nosek. - To wszystko przez te egzaminy. Całe noce zarywam żeby się uczyć. Wracam do domu z treningu i od razu otwieram książki.
- Za bardzo się przemęczasz.- założyłem kosmyk jej włosów za ucho.
- Bez przesady.- machnęła ręką, kładąc się na moje ramię.
- Zobaczysz będą z tego kłopoty. Dziś nie będziesz się uczyła. Masz dzień wolny.- zarządziłem.
- Ale muszę...
- Nie musisz i koniec.- pocałowałem ją w czoło.
- Jesteś uparty.- założyła ręce na piersi.
- I vice versa.- zaśmiałem się, a ona skradła mi krótki pocałunek.
Obiecałem jej wolny dzień i słowa dotrzymałem. Po wyjściu spod kołdry zeszliśmy do kuchni, gdzie zrobiłem szybkie śniadanie oraz poranną kawę. Jedliśmy kanapki, gdy rozdzwonił się jej telefon. Natychmiast go odebrała.
- Halo?... Spokojnie jestem u Leo... Nie martw się, wrócę wieczorem... Rodzice wiedzą, że mnie nie było?... Całe szczęście... To idź. Papa...- rozłączyła się. Z przebiegu rozmowy wywnioskowałem, że dzwonił Adam. Chyba był zmartwiony.
- Leo jesteś tam?- zamrugałem kilka razy powiekami, gdy pomachała przed moją twarzą.
- Jestem, jestem. Zamyśliłem się.
- A o czym tak myślałeś?- zapytała wstając od stołu.
- O mojej pięknej narzeczonej.- również wstałem, a gdy szła w stronę zlewu, aby włożyć tam naczynia, objąłem ją w pasie i przysunąłem do siebie. - Gdzie mam cię dziś porwać?
- Najlepiej gdzieś daleko.- zaśmiała się cicho. - Leo pożyczysz mi bluzkę? Ta mnie denerwuje.- zapytała, na co od razu przystałem.
Po zmianie przez nią górnej części garderoby wsiedliśmy do samochodu i ruszyłem w stronę obwodnicy miasta.

~*~

On rzeczywiście zabierał mnie gdzieś daleko. Myślałam, że to będzie tylko żart, a jak się okazało siedzimy w samochodzie już od dwóch i pół godziny. Kilka razy próbowałam wydobyć z niego jakieś informacje, jednak on milczy. Nie reaguje na nic!
- Daleko jeszcze?- spytałam, a on spojrzał na mnie ukradkiem zza okularów przeciwsłonecznych.
- Maksymalnie dwadzieścia minut.- cwaniacko się uśmiechnął.
- Czuję się porwana.
- I o to chodzi.
- Nie lubię cię.- teatralnie założyłam ręce na piersi i odwróciłam wzrok wbijając go w obrazy znajdujące się za szybą. Samochód się zatrzymał i poczułam jego dłoń na swoim udzie. Próbowałam udawać, że nie robi to na mnie żadnej różnicy, co mi się udało. Kilka sekund później samochód znów ruszył. Leo podgłośnił muzykę i śpiewał piosenki. Odwróciłam się jeszcze bardziej, by nie widział, że się z niego śmieję i sama podśpiewuję tekst.
- Jesteśmy.- oznajmił po niedługim czasie. Wysiadł z auta po czym otworzył moje drzwi. - Panie przodem.- ukłonił się niczym rasowy dżentelmen. Pokręciłam głową ze śmiechem. Rozejrzałam się do koła. Było pięknie. Ze wszystkich stron otaczały nas zabytkowe kamieniczki. Zauroczyłam się tym miejscem. Chwilę później Leo objął mnie w pasie i przysunął do siebie. - Jak ci się podoba?- spytał opierając brodę o moje ramię.
- Jest pięknie.- uśmiechnęłam się. - Gdzie jesteśmy?
- W Walencji.- oznajmił po czym wziął mnie na ręce i powędrował na rynek.
- Nie musiałeś mnie tu zabierać. Barcelona w pełni by mi wystarczyła.- oznajmiłam czując wyrzuty sumienia. Poświęcił dla mnie całym dzień, mimo że dzisiaj ma trening.
- Miałem zabrać cię do Madrytu, ale chyba nie starczyłoby nam czasu.
- Do Madrytu? Jesteś szalony.- pisnęłam. Postawił mnie na ziemi, gdy byliśmy obok małej, klimatycznej kawiarenki.
- Dla ciebie wszystko.
- Rozpieszczasz mnie i w przyszłości stanę się starą, zrzędliwą babą.- zaśmiałam się głośno, a on mi zawtórował. Usiedliśmy na dworze przy wolnym stoliku. Kilka par oczu zwróciło się w naszą stronę, a chwilę później podeszła do nas blond włosa kelnerka. Była dość ładna. Wpatrywała się w Leo, słodko trzepocząc rzęsami. Miałam ochotę ją rozszarpać. Nie żebym była zazdrosna... Co to, to nie! Ja po prostu nie lubię słodkich blondynek.
- Skarbie co ci zamówić?- zapytał, chyba już któryś raz. Dopiero teraz wytrąciłam się z zamyślenia.
- Karmelowe frapuccino.- oznajmiłam cicho, znów oddalając się w krainę wyobraźni. Nie wiem, czy wam mówiłam, ale mam ochotę coś jej zrobić... Muszę to poważnie przemyśleć. To mogłaby być dobra zabawa...
Siedziałam zamyślona mieszając cukier w cukierniczce. Nie wiem ile czasu minęło, gdy dostaliśmy kawy. Zabraliśmy je na wynos i ruszyliśmy w dalszą drogę. Leo chwycił moją dłoń, lecz ja ją zabrałam. Zatrzymaliśmy się w wąskiej uliczce z prze pięknymi kamienicami. Patrzył na mnie zdziwiony.
- Coś się stało?
- Nie, nic się nie stało.- odparłam bez żadnych uczuć.
- Może źle się czujesz?- zadawał kolejne pytania, co zaczynało mnie denerwować.
- Nie, wszystko w porządku. Chodźmy już.
- Przecież widzę, że coś jest nie tak. Emi...
- Spytaj się tej blondynki z kawiarni.- odparłam nieco ukazując swoją złość, której nie mogłam powstrzymać. Ruszyłam dalej, a on podążył za mną. Dogonił mnie, łapiąc w pasie i przypierając do ściany. Spoglądał na mnie z uwagą, jakby dokładnie nad czymś myślał.
- Jesteś zazdrosna.- zaśmiał się.
- Ja?- prychnęłam. - Ja, zazdrosna?- zaśmiałam się gorzko.
- Jesteś o mnie zazdrosna.- powtórzył z szerokim uśmiechem na ustach.
- Nie jestem.- dalej szłam w zaparte. Nigdy nie byłam o niego zazdrosna i teraz też nie jestem.
- Moja złośnica.- przysunął mnie od siebie i na krótko złączył nasze wargi. Wplotłam dłonie w jego włosy. - Nie musisz być zazdrosna, jestem tylko twój.- powiedział między krótkimi pocałunkami.  - Chodź, mam ci tyle do pokazania.- splótł nasze palce i powędrowaliśmy dalej.
Dzień upłynął mi bardzo miło. Świetnie się bawiłam i muszę przyznać, że potrzebowałam odpoczynku. Ten dzień mógłby się nigdy nie kończyć. Siedzieliśmy na ciepłej plaży wtuleni w siebie pijąc przy tym mrożoną kawę. Rozmawialiśmy lub po prostu milczeliśmy. Krótko mówiąc cieszyliśmy się swoją obecnością, a cały otaczający nas świat nie istniał.
Leżałam na udach Leo z zamkniętymi oczami, a on przeczesywał moje włosy lub głaskał mnie po plecach. Mało brakowało, a zasnęłabym tam. Było mi tak przyjemnie, lecz niespodziewanie ktoś zakłócił nasz spokój. Uniosłam powieki i zobaczyłam dwójkę małych dzieci. Zawstydzone lekko się do nas uśmiechały. Zmieniłam pozycję na siedzącą, aby być prawie równa z nimi.
- Cześć.- uśmiechnęłam się do nich z zamiarem dodania im otuchy.
- Cześć Emilka.- odpowiedzieli chórem.
- Wiedzę, że już mnie znacie. Ja też chciałbym was poznać. Powiecie mi jak się nazywacie?
- Ja jestem Camilo, a to jest Rosario.
- Bardzo ładne imiona.- podałam im dłoń, którą uścisnęli. Widziałam jak kątem oka spoglądali na Messiego. - Wiecie kto tam za mną siedzi?- zadałam pytanie retoryczne. W odpowiedzi pokiwali twierdząco główkami.
- To Leo Messi.- odpowiedziała dziewczynka.
- Dokładnie.- potwierdziłam. - I pewnie chcecie z nim zdjęcie, co?- na to pytanie również pokiwali twierdząco. - To chodźcie ładnie go poprosimy.- uśmiechnęłam się do nich. Obróciłam się w stronę narzeczonego, a dzieci zrobiły kilka kroków. - Leoś poznałam właśnie taką miłą dwójkę dzieci, oni bardzo by chcieli zdjęcie z tobą. Zgodzisz się?- puściłam do niego oczko.
- Oczywiście.- uśmiechnął się szeroko, a przedszkolaki pisnęli. Gdybym potrafiła opisać ich radość w danym momencie... Nie mam słów, które mogłyby to wyrazić.
Zrobiłam im kilka pamiątkowych fotografii po czym i ja zostałam przez nich zaproszona do zdjęć. Po chwili dzieciaki odeszły, a my stwierdziliśmy, że powinniśmy już wracać do domu. Do Barcelony mieliśmy jeszcze jakieś trzy do czterech godzin, a akurat teraz są największe korki.



środa, 1 kwietnia 2015

Rozdział 21 "To jeszcze nie wszystko."

W miłości trzeba się napracować. Ona przychodzi do nas sama nie wiadomo skąd i dlaczego, ale to wszystko, co dla nas robi. Później musimy zajmować się nią sami.

Od mojego powrotu do Barcelony minęło dwa tygodnie. Życie powróciło do swojego dawnego biegu. Wszystko pozostało takie samo, może poza czymś co łączy Leo i mnie. Od kiedy w pełni mu wybaczyłam nasza więź, jakby była mocniejsza. Na każdym kroku okazujemy sobie, nasze uczucie. Jeśli chodzi o moją piłkarską karierę, zagrałam już kolejne dwa mecze, a w środę czeka nas liga mistrzów. Lecimy do Paryża, aby zmierzyć się z PSG. Nie będzie to dla mnie najprostsze zadanie zważając, że w ich bramce stoi Iga, którą bardzo polubiłam. W dodatku za niecały miesiąc mam w szkole egzaminy maturalne, które muszę zdać, aby pójść na studia. Gdy tylko mam wolną chwilę siadam z książkami i kuję materiał.
- Najmocniej przepraszam.- usłyszałam głos jakiegoś mężczyzny. Trącił mnie łokciem, czym wyrwał mnie z zamyślenia.
- Nic się nie stało.- uśmiechnęłam się, a on odszedł. Zapomniałam wam powiedzieć, że siedzę na trybunach, oczekując na mecz ukochanego. Od kilku dni chodzi zdenerwowany i żyje w swoim świecie. Nie wiem z czego to wynika, ale może tak odreagowuje stres. Podniosłam się z krzesełka, gdy na trybunach zrobiła się wrzawa. Piłkarze wychodzili na boisko. Obok naszych barcelończyków zatrzymali się zawodnicy Manchesteru City. Wiem, że w tej drużynie gra najlepszy przyjaciel Leo - Kun. Niestety jeszcze nie dane mi było go poznać, choć wiele o nim słyszałam.
Pierwsza połowa kończyła się w szarych barwach dla Blaugrany, bowiem przegrywali 0:1. Przez całą przerwę rozmawiałam z Shaki, która była dzisiaj z Milanem. Dawno się nie widziałyśmy, więc była to świetna okazja do nadrobienia czasu. Po piętnastu minutach piłkarze z powrotem wybiegli na boisko.
To był już siódmy strzał przeciwników na naszą bramkę, jednak udało im się go obronić. Chłopcy przejęli piłkę i pobiegli z kontrą. Akcja była wyjątkowo szybka. Trzy, może cztery podania, a później strzał Neymara i moment oczekiwania, czy uda się ją obronić, czy nie. Całe Camp Nou podniosło się z miejsc, krzycząc i wiwatując na cześć strzelca. Znajomi rzucili się na niego, mocno go ściskając. Każdy cieszył się z bramki, która dawała nam jeszcze szansę na wygraną.
Do końca meczu zostało niecałe dziesięć minut, teraz to my ciągle byliśmy na połowie przeciwnika. Zrobiło się zamieszanie niedaleko bramki, nawet nie zauważyłam, kiedy Leo został sfaulowany. Leżał na murawie, trzymając się za lewą nogę. Podbiegł do niego mój tata, nie zapominajmy, że jest fizjoterapeutą, i wraz z klubowym lekarzem, nachylili się nad nim. Sprawdzili bolące miejsce, a następnie popsikali magicznym sprayem i piłkarz mógł powrócić do gry. Wraz z Xavim stanęli, aby wykonać rzut wolny. Szeptali coś, a ja niemal zaczęłam obgryzać paznokcie. Leo oddalił się, jeszcze raz spojrzał na bramkę i piłkę po czym oddał strzał. Kibice znów zaczęli wiwatować. Zawodnicy przytulili strzelca, a on, gdy tylko go zostawili pokazał "E". Zadedykował mi bramkę, a ja prawie udusiłam Shakirę. Niesamowicie się z tego cieszyłam.
Mecz zakończył się wynikiem 2:1 dla naszych. Wszystkie partnerki piłkarzy zeszły do nich na murawę, więc ja też musiałam to zrobić. Osobiście za tym nie przepadam, ale w tamtej chwili chciałam podziękować Leo za dedykacje. Podbiegłam do niego, mocno go przytulając.
- Dziękuję bardzo.
- To jeszcze nie wszystko.- oznajmił, a ja posłałam mu pytające spojrzenie. Uklęknął na jednym kolanie.
- Nie wygłupiaj się, wstawaj.- zaśmiałam się, nie rozumiejąc sytuacji, w której się znalazłam. Pokręcił przecząco głową, dając mi znak, że nie wykona mojego polecenia.
- Może to nie jest bardzo romantyczne miejsce...- widziałam w jego oczach zdenerwowanie. Wziął głęboki oddech. - Emi, wyjdziesz za mnie?- spytał wreszcie, a ja zamarłam. Byłam w takim szoku, że nawet nie potrafię go opisać. To tak, jakbym zobaczyła Obamę tańczącego kankana w różowej sukni w paryskim pubie. Zakryłam usta dłonią, a do moich oczu napłynęły łzy. Wszystko działo się w ułamkach sekund. Zauważyłam jego zdenerwowanie.
- Wstań, bo wszyscy na nas patrzą.- powiedziałam próbując powstrzymać uczucia. Wiem, że było to z mojej strony trochę brutalne, ale jakoś nie mogłam się powstrzymać. Podniósł się ze spuszczoną głową. Zapewne myślał, że się nie zgodzę, choć nic takiego jeszcze nie powiedziałam. Rzuciłam mu się na szyję i przestałam się powstrzymywać.
- Oczywiście, że za ciebie wyjdę.- pisnęłam przytulając go mocno. Był niesamowicie zdezorientowany.
- Czyli tak?- spytał, a ja skinęłam głową. - Ty mała kłamczucho.- zaśmiał się i pocałował przy wszystkich.
- Uważaj bo jeszcze mogę zmienić zdanie.- pogroziłam mu palcem. W tym czasie wziął moją dłoń i włożył na palec piękny pierścionek.
- Teraz już nie.- dodał po czym powtórnie mnie pocałował. Na boisku rozległy się gwiazdy piłkarzy. Zaśmiałam się pod nosem, a chwilę później zaczęto nam gratulować. Nie mogłam w to wszystko uwierzyć. Zostałam jego narzeczoną. Pamiętam to jak przez mgłę, nie wiem kto, co do mnie mówił. Przytakiwałam i dziękowałam. Poczułam, jak ktoś ciągnie mnie w swoją stronę, nim zdążyłam zareagować stałam już obok Leo. Naprzeciwko nas stał brunet, wzrostem i posturą podobny do mojego narzeczonego.
- Nareszcie mogę was poznać. Emi to jest Sergio, Kun to jest właśnie Emilia.- uśmiechnął się, a my podaliśmy sobie dłonie.
- Miło cię wreszcie poznać.
- Wreszcie?
- Wiele o tobie słyszałem.- oznajmił, a ja posłałam Leo mordercze spojrzenie. - Spokojnie, znam wszystkie twoje zalety.- zaśmiał się, tłumacząc i jednocześnie próbując ratować przyjaciela.
- Ja o tobie też wiele słyszałam.- powiedziałam nie będąc mu dłużna.
- Przepraszam, ale muszę iść. Jeszcze dzisiaj wracamy do Manchesteru.
- Wpadnij do mnie kiedyś.- zaproponował Leo. Pożegnaliśmy się z Argentyńczykiem, który po chwili zniknął w tunelu. Zostaliśmy sami, piłkarze również zeszli z boiska. Zarzuciłam mu ręce na szyję i patrzyłam w jego oczy.
- Jak ty to wykombowałeś?- powiedziałam z zachwytem.
- Na wszystko trzeba mieć sposób.- zaśmiał się.
- Jesteś szalony!- krzyknęłam ma cały stadion.
- I za to mnie kochasz.
- Nie tylko za to...- nie dokończyłam zdania, gdyż delikatnie musnął moje usta. - Wciąż twierdzę, że to było szalone. Znamy się dopiero kilka miesięcy.
- Nie obchodzi mnie to. Przeżyliśmy więcej, niż stare dobre małżeństwo. Nie musimy brać ślubu od razu. Możemy czekać ile będziesz chciała.
- Kurcze nie chcę być postrzegana jak małolata, ale ja cię naprawdę kocham.- powiedziałam ze łzami szczęścia w oczach.
- Nie będziesz. Dla mnie jesteś mądrzejsza od tych dziewczyn, które mają po dwadzieścia trzy lata.
- Cieszę się, że cię mam.
- Ja też.- spojrzałam na niego, a on złączył nasze usta w długim pocałunku...

Dzisiejsza pobudka napewno nie należała do najlepszych. Do mojego pokoju wpadł Adam w towarzystwie taty i zaczęli rzucać we mnie poduszkami. Spojrzałam na nich, jak na niespełna rozumu, a oni zaczęli się śmiać. Wepchnęli się do mojego dużego łóżka.
- Siostra, jak to jest być narzeczoną samego Messiego?
- Wiesz, nie czuję żadnej różnicy. Ale szczerze mówiąc to boję się tłumu jego fanek, które pewnie będą chciały wydrapać mi oczy.- zaśmiałam się.
- Mam nadzieję, że ślubu jeszcze nie planujesz.- rzekł poważnie tata.
- Jasne, że nie. Narazie mam siedemnaście lat i całe życie przed sobą. Leo zapewnił mnie, że poczeka ile będę chciała.- uśmiechnęłam się pokrzepiająco.
- To dobrze.- usłyszałam w jego głosie ogromną ulgę.
- Ja ci mówię, będą z tego dzieci.- zaśmiał się głośno Adam, za co dostał ode mnie po głowie. - Ała!
- Co na to matka?- spytałam niepewnie. Tata westchnął, a ja już wiedziałam, że to nie wróży niczego dobrego.
- Anna...- podrapał się po głowie. - Wiesz, jaka jest. Martwi się o ciebie...
- Tak jasne...- burknęłam pod nosem.
- Jest w szoku, mama chce dla ciebie dobrze.
- Nie akceptuje go, prawda?- spytałam będąc już pewna, uczuć matki do mojego narzeczonego.
- Powiedzmy, że mu nie ufa.Twierdzi, że jest dużo starszy od ciebie i cię wykorzysta.
- Dlaczego tak na niego patrzcie? On nie naciska, a ja się nie spieszę.
- Skończmy się martwić . Jesteśmy w Hiszpanii, tu każdy jest optymistą.- wtrącił Adam, za co byłam mu niezmiernie wdzięczna. - Gotowa na ligę mistrzów?- tracił mnie łokciem w brzuch.
- Jak zawsze. Mam nadzieję, że będziecie mi kibicowali przed telewizorem.
- Możesz być o to pewna.- potargał moje i tak rozsypane włosy.
Spędziłam z nimi prawie całe przedpołudnie. Dużo rozmawialiśmy, a oni nawet nie śnili żeby wyjść z mojego ciepłego łóżeczka. Około południa postanowiłam wyjść na spacer. Miałam ochotę na zaczerpnięcie trochę świeżego powietrza. Na dworze robiło się coraz cieplej. Nie ma się w sumie czemu dziwić, jest połowa kwietnia, a niedługo zaczynają się wakacje. Już nie mogę się doczekać, aż wyjdę ze szkoły i spędzę całe dwa miesiące na nic nie robieniu. W sumie to nie ma o tym nawet mowy. W sierpniu zaczyna się presezon, a ja nie mogę zgubić formy. Założyłam buty i wyszłam. Intuicyjne skierowałam się na la Rambla. Uwielbiałam tą ulicę, jest tam mnóstwo pozytywnych osób, dzięki którym od razu człowiek zaczyna na wszystko patrzeć z optymizmem. A że czułam się tak jak ci ludzie, poszłam zagrażać innych. Spacerowałam powolnym krokiem z okularami przeciwsłonecznymi na nosie, gdyż dzisiejsze słońce świeciło wyjątkowo mocno. Kupiłam sobie rurki z kremem i zajadałam się nimi, gdy poczułam dotyk na swoich plecach. Migiem się obróciłam, z tyłu zobaczyłam kilkoro dzieci, w różnym przedziale wiekowym, które patrzyły na mnie jak na obrazek. Uśmiechnęłam się do nich ciepło, aby nabrali trochę odwagi.
- Pani Emilko, możemy autograf?- spytał chłopiec, na oko miał sześć lat.
- Ode mnie?- spytałam zaskoczona, a oni pokiwali zgodnie głowami, wystawiając notesy, kartki, a nawet ręce. Odebrałam od nich marker i złożyłam kilka podpisów oraz zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia, po czym się pożegnaliśmy. Ruszyłam w dalszą drogę. Postanowiłam odpocząć na pobliskiej ławce. Usiadłam, zamykając oczy, aby móc lepiej się zrelaksować. Mój spokój jednak nie trwał zbyt długo, gdyż poczułam jak ktoś uparcie zasłania mi słońce. Otworzyłam oczy i ujrzałam Leo, który patrzył na mnie, jakby coś kombinował. Usiadł obok mnie po czym przywitał długim pocałunkiem. Mimowolnie się uśmiechnęłam. To już nie moja wina, jak jego widok działa na mój organizm.
- Co ty tutaj robisz?- spytałam po chwili.
- Jestem na spacerze. Szukałem prezentu dla siostry, ale nie mogę nic tu znaleźć. To jak studnia bez dna.- załamał się, podpierając głowę na dłoniach, a łokcie na udach. Muszę przyznać, że wyglądał jak małe dziecko, które jest niepocieszone bo ktoś zabrał mu zabawkę. Był uroczy przez co miałam ochotę zacząć się śmiać.
- Pomogę ci, ale najpierw powiedz mi czego szukasz.
- Sęk w tym, że sam nie wiem.- wstałam i pociągnęłam go za rękę.
- Chodź pomogę ci.- uśmiechnęłam się do niego. Nic nie odpowiedział, jedynie spojrzał na mnie błagalnie.
Odwiedziliśmy chyba ze sto sklepów, od zwykłych butików do jubilera. Całe szczęście udało nam się kupić piękną bransoletkę z białego złota z różowymi kamieniami. Oboje byliśmy wykończeni. Leo w ramach podziękowań zabrał mnie na obiad do jakiejś restauracji. Uparcie twierdziłam, że to nie był dla mnie kłopot i sprawiło mi to wielką przyjemność, z resztą tak było. Ale on również szedł w zaparte, że musi mi jakoś podziękować. Dla świętego spokoju zgodziłam się. Dania, które tam podali były przepyszne, a deser... Niesamowity. Później poszliśmy na plażę i siedzimy tam do teraz.
- Za dwa dni wyjeżdżasz.- westchnął. - Nawet nie zdążyłem nacieszyć się nową narzeczoną. Wymyślę coś na twój powrót.
- Wystarczy, że mnie odwiedzisz.- uśmiechnęłam się. - Doskonale wiesz, że mi nie jest wiele potrzeba.
- Wiem, wiem.- pocałował mnie w czubek głowy. - O której masz samolot do Paryża?
- O 9.00, ale dla...- przerwałam, aby przez chwilę pomyśleć. - Nawet nie próbuj przychodzić na lotnisko.- pogroziłam mu palcem. Ujął moja dłoń i zaczął się jej przyglądać. Przez moment zachowywał się jak obłąkany, ale wyraźnie się nad czymś zastanawiał.
- Ja? Przychodzić na lotnisko? Nie... Swoją drogą ten pierścionek pięknie wygląda na twoim palcu.- oznajmił. Spojrzałam na niego, a później zaczęłam analizować wygląd biżuterii. Od wczoraj nawet nie miałam czasu żeby go obejrzeć. Rzeczywiście był piękny. Zrobiony został ze złota, a jako oczko użyto diamentu, który mienił się różnymi barwami.
- Musiałeś wydać na to fortunę. Nie wiem, czy powinnam go brać.
- Przestań... Jego cena nie ma znaczenia. Poza tym nie kupiłem go. Jak byłem jeszcze małym chłopcem babcia podarowała mi go mówiąc "Leosiu chcę żebyś podarował go kobiecie, gdy będziesz pewny, że to ta jedyna." wtedy jeszcze nie rozumiałem sensu jej słów, ale zapamiętałem je do teraz.- poczułam jak pod powiekami robi mi się wilgotno.
- Twoja babcia musiała być cudowną kobietą.- oparłam głowę o jego ramię.
- To prawda, taka właśnie była. Ten pierścionek przechodzi co kilka pokoleń. Dziadek dostał go od babci i podarował swojej żonie, a teraz ja mogę ci go podarować.
- Obiecuję, że będę nosiła go z dumą.- powiedziałam, a po moim policzku spłynęły łzy. Nie mogłam ich powstrzymać. Nie spodziewałam się, że wiąże się z nim taka tradycja.
- Zobacz na wewnątrzną stronę.- dodał, a ja go zdjęłam i zaczęłam oglądać. - Każda kolejna osoba to nowy graw. My też tu jesteśmy.
Nie mogłam w to wszystko uwierzyć. Stałam się częścią rodziny Messich, ale teraz zaczęłam się bać. Co jeśli nasz związek się rozpadnie? Będzie, co ma być. Narazie jestem z nim szczęśliwa i to się liczy...
Nadeszła środa, a ja od szóstej biegałam po domu, aby spakować ostatnie rzeczy. Nie jechałyśmy na długo, ale wolałam być przygotowana. Jak to mówią: przezorny zawsze ubezpieczony. Zaniosłam małą walizkę, zahaczając o kuchnię. Przy stole siedział tata, pijący poranną kawę, gotowy do odwiezienia mnie na lotnisko.
- Usiądź bo wykończysz się nerwowo.- zaśmiał się, patrząc na mnie znad okularów. Zmroziłam go wzrokiem. - Spokojnie już się nie odzywam.- uniósł ręce w geście poddania, a ja nie mogłam się nie zaśmiać. - Jeśli nie chcesz się spóźnić to musimy już jechać.- dopił czarny napój po czym oboje wstaliśmy.
Na el Prat byliśmy już pół godziny później. Pożegnałam się z tatą, a on odjechał. Rozmawiałam z dziewczynami, gdy usłyszałam swoje imię. Na początku zlekceważyłam wołanie, lecz gdy nie ustępowało odwróciłam cię niemal krzycząc "czego?!". Całe szczęście, że się powstrzymałam.
- Leo?! Co ty tutaj robisz? Mówiłam ci, nie przychodź.- zdziwiłam się jego obecnością.
- Ale nie mogłem bez pożegnania.- objął mnie w talii i przysunął do siebie. Chwilę patrzyliśmy sobie w oczy, po czym złączył nasze wargi. Poczułam łzy, które zaczęły zbierać się pod moimi powiekami. Wiedziałam, że tak to się skończy. Rozpłaczę się na lotnisku. Nie znoszę pożegnań. Zdaję sobie sprawę, że będę tęskniła i dlatego nie chcę się z nikim bliskim żegnać.
- Dlaczego to zrobiłeś?- spytałam, ocierając łzy rękawem za dużej bluzy z herbem klubu.
- Nie wiedziałem, że aż tak to przeżyjesz.- przytulił mnie mocno. - Przepraszam.- szepnął opierając brodę, na mojej głowie.
- Nic się nie stało, ale lotniska tak właśnie na mnie działają.- oznajmiłam, a z głośników rozległ się głos speakerki, która zapraszała nas do samolotu.  Pożegnał mnie krótkim pocałunkiem i z walizką w dłoni powędrowałam do tunelu.
Lot minął nam niezwykle szybko. Grałyśmy w makao, pokera i inne karciane gry. W Paryżu byliśmy już godzinę później. Od razu wsiadłyśmy do autokaru, który zawiózł nas prosto do hotelu. Trener zameldował nas, po czym poszłyśmy do pokoi. Ja dzieliłam go tylko z Daniell, co mnie niezmiernie cieszyło. Postawiłyśmy walizki na samym środku i pognałyśmy zająć łóżka. Tutaj właśnie zaczyna się pierwsza zabawna historia. Okazało się, że mamy ogromne łoże małżeńskie. Zaczęłyśmy się głośno śmiać, a następnie rzuciłyśmy się na nie. Leżałyśmy w różne strony mając jedynie obok siebie głowy i patrząc w sufit. Dani wzięła głęboki oddech.
- Jak się czujesz jako przyszła pani Messi?- spytała poważnie.
- Nie widzę żadnej różnicy pomiędzy narzeczoną, a dziewczyną.- odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
- Tak bardzo ci zazdroszczę.- westchnęła. Podparłam się na łokciu i popatrzyłam na nią.
- Niedługo ty też będziesz cieszyła jak ja. Założę się, że wy pierwsi weźmiecie ślub.
- Czyli jeszcze niczego nie planujecie?- zapytała, a ja zaprzeczyłam ruchem głowy, po czym znów się położyłam.
- Powiedział, że zaczeka na mnie, ile będę chciała.- westchnęłam. - Cieszę się, że go mam.
Rozmawiałyśmy przez kolejne trzy godziny, po których zeszłyśmy na obiad. Opowiedziałam jej o tradycji związanej z pierścionkiem. Była równie zachwycona, jak ja wczoraj. Po zjedzeniu posiłku wyszłyśmy na ławkę przed hotelem, aby pobyć na świeżym powietrzu. Niedługo potem pojechałyśmy na trening, który miał nas przygotować do meczu. Na stadionie pojawiłyśmy się godzinę przed spotkaniem, gdyż musiałyśmy rozgrzać mięśnie. Po zakończeniu ćwiczeń dziewczyny zaczęły coś szeptać więc, ja zaczęłam nasłuchiwać i wypatrywać osobę, o której mówiły. Podszedł do nas dość wysoki mężczyzna o ciemnych włosach związanych u góry. Rozglądał się chwilę, jakby kogoś szukał.
- Ty.- wskazał na mnie palcem.
- Ja?- zrobiłam duże oczy. Kim on był i czego ode mnie chciał? Widziałam go pierwszy raz.
- Ty jesteś Emilia?- spytał, na co skinęłam głową. - Zlatan Ibrahimowić.- podał mi dłoń. - Ale wystarczy Ibra.- zaśmiał się.
- Emilia.- wudukałam. - Skąd mnie znasz?
- Powiedzmy, że mamy wspólnych znajomych.- puścił do mnie oczko.
- Leo.-zaśmiałam się. - Czy on ma przyjaciół na całym świecie?
- Tego nie wiem, ale w Paryżu kilku się znajdzie.
- Przysięgam, że zrobię mu kiedyś krzywdę.- pokręciłam bezradnie głową. - Jak długo namawiał cię żebyś tu przyszedł?
- Nie namawiał, przyszedłem z własnej woli, żeby zobaczyć tą słynną laskę Messiego.- zaśmiał się głośno, przez co spiorunowałam go wzrokiem. - Dobra, dobra, tylko mnie nie pobij. Mam nadzieję, że uda mi się wyciągnąć cię na jakąś imprezę? W końcu musisz mieć jakieś wspomnienia z Francji.
- Przecież cię nie znam.- wzruszyłam ramionami.
- Nie znasz boskiego Zalatana? Panie Boże, co się dzieje?- uniósł ręce w geście modlitwy. - Zgadzasz się?
- Jeszcze pomyślę, a teraz musimy się przebrać.- wymieniłam go i wraz z dziewczynami poszłam do szatni.
Stałyśmy w tunelu, gotowe to wyjścia na murawę, chwilę później pojawiły się zawodniczki PSG. Dostrzegłam wśród nich, znajomą postać, ona również mnie zobaczyła, gdyż natychmiast ruszyłyśmy biegiem w swoją stronę.
- Emi!
- Iga!
- Spodziewałam się ciebie.- zaśmiała się.
- A ja ciebie nie. Dlaczego nic nie powiedziałaś?
- Możliwe, że zapomniałam. Ale nie mówmy o mnie. Jak czujesz się jako przyszła pani Messi? Nawet nie zadzwoniłaś.- trąciła mnie biodrem. - Muszę się na ciebie obrazić.
- Przepraszam, ale nie miałam czasu.
- Leo tak cię zajął?- poruszyła zabawnie brwiami.
- Iga!- teatralnie się oburzyłam. - Po prostu przygotowywałyśmy się do meczu. Od powrotu do Barcelony nie mam na nic czasu. Treningi i szkoła. Wymyślili sobie jakieś egzaminy, które zdaję w przyszłym tygodniu, więc trzymaj za mnie kciuki.
- Możesz na to liczyć, ale musimy się już ustawiać, zaraz zaczynamy. Zobaczymy, czy jesteś tak dobra, jak zareklamowała cię Anka i czy pokonasz najlepszą bramkarkę we Francji.- puściła mi oczko.
- Widzę, że skromność mieszkańców Paryża to ich cecha rozpoznawcza.
- Poznałaś tu kogoś?
- Tylko Zalatana.
- Ibrahimowicia?
- Nie, Kowalskiego.- zaśmiałam się. - Oczywiście, że jego.- Nie dokończyłam, ponieważ obok nas stanęli sędziowie. Pożegnałam Igę, po czym ustawiłyśmy się w rzędach.
Takich nerwów nie przeżyłam już dawno. Pierwsza połowa zdecydowanie należała do dziewczyn z Paryża. Co było widoczne w statystykach. Miały większe posiadanie piłki, więcej rożnych i najważniejsze - przewagę jednego gola. Było nam bardzo ciężko. Te pierwsze 45 minut spedziłyśmy na obronie własnej bramki.
W drugiej połowie byłyśmy odmienione. Zaczęłyśmy odbierać im piłkę, więcej podawać i nacierać na ich bramkę. Paryżanki przestały sobie radzić, a my coraz bardziej naciskałyśmy. Dopiero w 76 minu odmieniłyśmy losy meczu. Wszystko dzięki pięknej akcji zaciętej przez Noelle spod bramki, a zakończonej kopnięciem Loreny. Wyrównałyśmy wynik, dzięki czemu miałyśmy jeszcze szansę na wygraną. Dziewczyny stały w polu karnym, a ja wykonywałam rzut rożny. Dośrodkowałam, zrobiło się zamieszanie, chwilę później rozległ się gwizdek sędziego. Szybko tam pobiegłam. Zobaczyłam Daniell leżącą na murawie. Trzymała się za kostkę niemal krzycząc z bólu. Dziewczyny kłóciły się z arbitrem, a do Hiszpanki podbiegli klubowi lekarz i rehabilitant. Podeszłam do reszty, aby je trochę uspokoić. Zaczynało robić się nerwowo. Sędzia wyjął żółtą kartkę i pokazał ją jednej z Francuzek. Oburzona odeszła. Mężczyzna oznajmił nam, że będzie wykonywany rzut karny. Ustawił piłkę na linii jedenastego metra, wtem przebiegła do nas Ines z instrukcjami od Alonso.
- Emilia wykonujesz karnego!
- Co?! Ja nie mogę.
- Musisz. Alonso ci kazał, zapomnij, że to twoja koleżanka z reprezentacji. Teraz liczy się drużyna. Daj z siebie wszystko.- oznajmiła po czym wszyscy się rozeszli. Zostałam tam sama, nie rozumiejąc do końca tego, co właśnie się dzieje. Podeszłam do piłki.  Dotknęłam ją, przekręciłam i odeszłam, aby wziąć rozbieg. Nie pamiętam co się wtedy działo. Moment od rozbiegu do krzyków tłumów, jakby nie istniał. Nie wiem jak to zrobiłam, gdzie kopnęłam. Dziewczyny rzuciły się w moją stronę. Wyściskały mnie mocno i odbiegłyśmy od bramki, aby wznowić mecz. Lecz nie dane nam to było, gdyż usłyszałyśmy gwizdek kończący spotkanie. Zadowolone skierowałyśmy się w stronę tunelu. 
- Młoda, zaczekaj.- usłyszałam krzyk w języku ojczystym. Odwróciłam się i zobaczyłam Igę idącą w moją stronę. - Faktycznie jesteś tak dobra, jak o tobie mówią.- zaśmiała się. 
- Nie prawda.- pokręciłam przecząco głową. - To był tylko karny.
- Ale jaki! Pierwszy raz widziałam taki sposób kopnięcia. Nie miałam nawet szans na jego obronę.
- Przestań. Chodź wymienimy się koszulkami.- zaproponowałam. Iga przystała na moją propozycję i po chwili wracałam z jej koszulką w dłoni.

Gdy tylko weszłam do pokoju, od razu rozdzwonił się mój telefon. Dzwoniący musiał mieć niezłe wyczucie czasu. Położyłam się na łóżku i odebrałam, wzdychając przy tym. W słuchawce usłyszałam krzyk, który miał być śpiewem hymnu ligi mistrzów, czyli "the champions". Spróbujcie to sobie wyobrazić. Zaśmiałam się głośno. 
- Gratulacje!
- Dziękuję.
- Piękny mecz.
- Piękny? Chyba chciałeś powiedzieć tragiczny. Widziałeś pierwszą połowę? 
- Nie przesadzaj. To była rozgrzewka.- usłyszałam odgłos otwieranych drzwi. Zapewne wychodził na taras. - Teraz mogę porozmawiać z tobą na spokojnie. Tęsknię.- westchnął. 
- Ja też. Ale już jutro wracam. Jeszcze tylko jedna noc.- powiedziałam pocieszającym tonem. - Poznałam tutaj twojego kolegę.
- Ibra?- zaśmiał się. 
- Tak.- odpowiedziałam tym samym. - Zaprosił mnie na imprezę. 
- No to ładnie. Zlatan już mi narzeczoną podrywa.
- Ej!- udałam obrażoną. - Wcale nie. Bo ja sama nie wiem czy chcę iść. Poza tym wciąż nie wiem co z Daniell.- westchnęłam ze smutkiem. - Martwię się o nią.
- Zobaczysz wszystko będzie dobrze.- w tym właśnie momencie usłyszałam jak otwierają się drzwi od naszego pokoju. W progu ujrzałam Hiszpankę z grymasem na twarzy i zabandażowaną kostką. Rzuciłam telefon na łóżko i natychmiast do niej podbiegłam. Przytuliłam ją mocno.
- Jak się czujesz? 
- Podobno to tylko skręcenie. 3 tygodnie bez piłki.- pomogłam jej usiąść na łóżku. - Nie wytrzymam.- jęknęła.
- Dasz radę, Adam ci pomoże.- puściłam do niej oczko i poruszyłam brwiami, za co oberwałam łokciem w żebra. 
Do Barcelony wróciłyśmy już kolejnego popołudnia. Na imprezę z Zlatanem nie poszłam, ale spotkałam się z nim w kawiarence pod hotelem. Ustaliliśmy, że wraz z Leo odwiedzimy go w Paryżu i wtedy pójdźemy do klubu. W sumie zabawny z niego gość. 
Jak się okazało na lotnisku czekał na mnie Lio. Gdy tylko go zobaczyłam podbiegłam i wtuliłam się w niego. Resztę dnia spędziliśmy razem, a w domu czekali na mnie Adam z tatą oraz ptysie, które zjadłam z ogromną przyjemnością.