sobota, 23 maja 2015

Rozdział 26 "Coraz bardziej docierało do mnie, że mogę już nigdy nie zobaczyć Emiś."

Zas­kocze­nie jest ele­men­tem bu­dującym całą za­bawę. Myśli­my so­bie, że dob­rze jest jak jest, a tu nag­le świat od­wra­ca się do góry no­gami. Nie poj­mu­jemy ciągów następujących po so­bie wy­darzeń...Bez­miar myśli ogar­nia nasze ciało... Po­tem zbiera­my się, przyj­mu­jemy wszys­tko z po­korą, bo być może już ko­niec niespodzianek...


"Wczorajszego wieczoru, około godziny 20 czasu lokalnego na rzekę la Plata niedaleko Buenos Aries spadł samolot pasażerski Boeing 787. Na razie nie ustalono ile osób przeżyło, ani kto nim leciał. Musimy zaczekać jeszcze co najmniej kilka godzin, aby śledczy mogli ustalić kto nim podróżował oraz jak do tego doszło..."

Słowa dziennikarki obijały się po mojej głowie. Doskonale wiedziałem, że siedziała w nim moja siostra wraz z Leo. Strach opanował całe moje ciało. Nie potrafiłem wykonać, żadnego ruchu. Nawet próba przywołania rodziców do salonu zakończyła się fiaskiem. Jeszcze nigdy nie bałem się tak, jak w tej chwili. Nie wiedziałem nic. Czy moja kochana siostrzyczka żyje? Czy jeszcze ją zobaczę? W salonie pojawił się ojciec, a ja wskazałem na telewizor. Wciąż nie potrafiłem nic powiedzieć. Zatrzymał się z kluczykami do auta w dłoni i zaczął wsłuchiwać się w głos dziennikarzy.
- Czy to nim leciała...- jego głos się łamał. Nawet nie dokończył zdania. Potwierdziłem skinieniem głowy. - Czy ona...
- Nic nie wiadomo. Oni sami jeszcze o niczym nie wiedzą.- odparłem, gdy choć na chwilę odzyskałem panowanie nad sobą.
- Anno!- krzyknął głośno, a chwilę później w największym pokoju pojawiła się matka ze scierką w dłoni.
- Pali się, czy co?- spytała swoim zwyczajem.
- W Argentynie, na rzekę la Plata spadł samolot.- zaczął. Przełknął ślinę, przymykając powieki. - Emiś nim leciała.- dokończył, a po jego policzkach zaczęły spływać łzy. Mama stała, jakby nie rozumiejąc co właśnie usłyszała.
- Jaki samolot? Jaki lot? Jaka Argentyna?- pytała sama siebie. - Adam o co tu chodzi?
- Emilia miała wypadek. Samolot, którym leciała się zepsuł. Nie wiadomo, czy żyje.- wytłumaczyłem jej podniesionym tonem. Stała w miejscu analizując moje słowa. Ja sam wciąż nie wierzyłem, że coś takiego mogło się stać. - Mamo nie wiadomo, czy ona żyje!- krzyknąłem, aby wreszcie zrozumiała. Nagle po jej policzkach spłynęły łzy. Jedna za drugą, w szybkim tempie.
- Lecimy tam. Musimy dowiedzieć się w jakim jest stanie.- oznajmił tata ścierając słone kropelki.
"Mamy już wstępne informacje. W samolocie znajdowało się 170 osób w tym załoga. Narazie nie ustalono ile osób jest rannych oraz ile przeżyło. Poszkodowani są zabierani do szpitali w Buenos Aries. Według naszych informatorów, wśród nich są Lionel Messi oraz jego narzeczona Emilia. Ich stan jest owiany tajemnicą. Ratownicy nie powiedzieli również, do którego szpitala zostali odwiezieni."
Po usłyszeniu najnowszych informacji spakowaliśmy kilka koszulek na zmianę i pognaliśmy na lotnisko ciągle słuchając wiadomości, lecz nie było wiadomo nic nowego. Coraz bardziej docierało do mnie, że mogę już nigdy nie zobaczyć Emiś. Że moja siostrzyczka... Nie, to nawet nie przejdzie mi przez gardło... Ona musiała żyć...

~*~

Otworzyłem oczy, a chwilę później oślepił mnie blask promieni słonecznych. Odbijały się one od sterylnie białych ścian. Zamknąłem powieki, a później powoli je otwierałem, aby przyzwyczaić się do światła. Zobaczyłem dwie kobiety ubrane w zielone stroje.
- Panie Messi, jest pan w szpitalu. Proszę się nie podnosić. Zaraz przyjdzie lekarz.- oznajmiła mi jedna z nich. Dopiero teraz dotarło do mnie co się stało. Lecieliśmy do Argentyny i nagle poczułem mocny uścisk Emilii, a później ból. Tyle pamiętałem, nic więcej. Zaraz, zaraz co z nią? Co z moją Emilką?! Podniosłem się, a chwilę później zobaczyłem obok siebie mężczyznę w podeszłym wieku ubranego w biały kitel.
- Proszę się położyć.- oznajmił, a ja posłusznie wykonałem jego polecenie. - Jest pan w szpitalu w Buenos Aries.
- Co z moją narzeczoną? Jak ona się czuje?- przerwałem pytaniem, które było teraz ważniejsze niż ja. Nie obchodziło mnie gdzie byliśmy.
- Ma pan niewielkie wstrząśnienie mózgu. Poza tym wszystko jest w porządku i jutro wpiszemy pana do domu. Dobrą wiadomością jest również to, że może Pan wziąć udział w mundialu.- zakończył, jakby lekceważąc moje pytanie. Poderwałem się i spojrzałem na niego wrogo.
- Pytałem co z moją narzeczoną.- powtórzyłem, a jego twarz przybrała skupioną minę. - Może mi pan do jasnej cholery powiedzieć co z Emilią?!- krzyknąłem. Już nawet nie próbowałem się opanować. Liczyła się tylko ona.
- Proszę za mną.- powiedział cicho. Wstałem z łóżka, po czym wyszliśmy z sali. - Pańska narzeczona jest w stanie krytycznym, dlatego utrzymujemy ją w śpiączce farmakologicznej. Ma wstrząśnienie mózgu i złamane trzy żebra. Można powiedzieć, że miała dużo szczęścia.- wytłumaczył, a ja musiałem na chwilę przystanąć.
- O jakim szczęściu pan mówi?! Przecież ona może umrzeć!- z bezradności uderzyłem pięścią w ścianę. Przeszliśmy kilka korytarzy, aby zatrzymać się pod pokojem jednoosobowym. Można było dostrzec ją przez szybę, jednak mi pozwolono do niej wejść. Zatrzymałem się przy jej łóżku. Leżała podłączona do różnych aparatur medycznych. Wyglądała niczym anioł pomiędzy tymi kolorowymi kabelkami. Jej ciemne włosy opadły na twarz, która teraz była wyjątkowo blada. Podszedłem bliżej. Odsunąłem z jej twarzy kosmyki włosów i pocałowałem najpierw jej czoło, a później  musnąłem lekko różowe usta. Usiadłem na krześle obok, ująłem jej dłoń w swoje, położyłem głowę na jej udach przykrytych białą kołdrą i rozpłakałem się niczym małe dziecko. To wszystko... To nie mogła być prawda. Byliśmy szczęśliwi, a teraz mogę ją stracić. Mogę już nigdy nie zobaczyć jej cudownego uśmiechu, zasmakować jej malinowych ust, ani zobaczyć jej z piłką przy nodze, czy chociażby nie poczuć jej wtulonej w moje ciało.
- Musisz walczyć. Jesteś najsilniejszą kobietą, jaką znam. Wiem, że dasz radę.- w kółko powtarzałem te trzy zdania. Jeszcze nigdy tak się nie bałem. Nie mogłem jej stracić. Emi jest dla mnie wszystkim, jest nawet ważniejsza niż piłka nożna. Ona nie może mnie tu zostawić. Nie poradzę sobie bez niej. Uzależniłem się od jej uśmiechu, czy dotyku. Bez niej nie dam rady.

Na dworze zapadał zmrok, a ja siedziałem przy jej łóżku już kolejną godzinę, ale szczerze mówiąc nie obchodziło mnie to, ile tam jestem. Musiałem przy niej trwać. W każdej chwili mogła się obudzić.
- Panie Messi proszę wrócić do siebie. Jeśli się obudzi natychmiast pana tutaj poproszę.- powiedziała pielęgniarka, kładąc na moich plecach dłoń. Spojrzałem na nią zaszklonymi oczyma, po czym pokręciłem głową. Nie mogłem jej zostawić. - Pan doktor będzie zły. Może pan sobie zaszkodzić.
- Chcę tu zostać.- odpowiedziałem szorstko, a dziewczyna chyba się wystraszyła mojego tonu, gdyż już nie próbowała się odzywać, zmieniła kroplówkę i bez słowa wyszła.
Cisza w sali nie trwała jednak zbyt długo. W środku zjawiła się rodzina Borkowskich. Spojrzałem na nich załzawionymi oczami. Nie potrafiłem nic powiedzieć. Pierwszy podszedł do niej ojciec. Przykucnął obok łóżka i pocałował jej delikatną dłoń. Była taka krucha, wydawało się, że najmniejszy gest może sprawić jej ogromny ból.
- Słońce błagam cię nie zostawiaj nas.- wyszeptał łamiącym się głosem. - Nie możesz nam tego zrobić.- mówił płacząc. Z drugiej strony podszedł Adam. Pocałował jej czoło, przeczesując ciemne włosy.
- Młoda masz się obudzić. Musimy nadrobić stracony czas. Zabiorę cię na pączki i przez cały dzień będziemy się nimi objadać na ławce w parku.- obaj mężczyźni płakali, a ja razem z nimi. Została tylko jej matka. Kobieta, która nie szanowała mojej Emi przez całe życie. Nie potrafiłem patrzeć na nią inaczej niż z pogardą.
- Błagam cię obudź się. Przysięgam zmienię się, przysięgam ci. Emiś nie możesz nas zostawić.- łkała.
- Przepraszam państwa, musicie wyjść. Zaraz przyjdzie lekarz, aby zbadać panią Borkowską.- oznajmiła, przerywając tę niezwykle ważną chwilę. Posłusznie, choć niechętnie wykonaliśmy jej polecenie. Zatrzymaliśmy się przed szybą, a chwilę później wszedł do sali młody, lecz widać, że doświadczony mężczyzna. Usiadłem na krześle skrywając twarz w dłonie. Z każdą godziną bałem się coraz bardziej. Nie mogłem jej stracić.
- To twoja wina.- niespodziewanie usłyszałem głos pani Anny. Uniosłem głowę, aby móc na nią spojrzeć. - To przez ciebie tutaj jest.- podniosła ton. - Dlaczego nie zostawisz jej w spokoju? Po co ją tu zabierałeś? Ona szybko się tobą znudzi. Jesteś dla niej za stary.- robiła mi wyrzuty. Nie dowierzałem w jej słowa. Ona ma czelność mówić mi takie rzeczy?! Śmiechu warte.
- Anno uspokój się.- pan Bartosz położył dłoń na jej ramieniu. Powoli podniosłem się z krzesełka. Spojrzałem na nią wrogo.
- Pani mnie poucza?- spytałem z wyrzutem. - Może jestem od niej dużo starszy, ale ja ją szanuję. Nie traktuję jej przedmiotowo w przeciwieństwie do pani. Wiele razy płakała właśnie przez panią i to ja wtedy przy niej byłem. To ja się nią opiekowałem. Gdzie pani była przez ostatnie pół roku?- Nie mogłem wytrzymać. Jakim prawem miała czelność to powiedzieć. Kim do jasnej cholery była?! Przecież matką nie mogła się nazwać.
- Leo spokojnie.- Adam położył dłonie na moich ramionach. - Wszyscy się o nią martwimy. Dla nas jest równie ważna, jak dla ciebie. Mama nie chciała tego powiedzieć.- usprawiedliwiał matkę.
- Nie Adam.- pokręciłem głową z dezaprobatą. - Wasza matka chciała to powiedzieć. Może nie za dobrze znam panią Annę, ale za to wiele o niej słyszałem i jestem tego pewien.- emocje buzujące we mnie trochę się uspokoiły, więc odwróciłem się w stronę szyby i patrzyłem, jak lekarz starannie sprawdza parametry życiowe Emilki. Łzy spływały po moich policzkach, gdy patrzyłem na nią taką bezbronną, delikatną i kruchą. Bałem się, bardzo się bałem. Gdy tylko stąd wyjdzie zabiorę ją do Barcelony. Zamieszka u mnie, będzie mogła w spokoju odpoczywać, a ja będę miał swoją księżniczkę przy sobie.
- Wszyscy państwo z rodziny?- spytał lekarz, który właśnie opuścił salę szatynki. Zgodnie pokiwaliśmy głowami.
- Ten pan nie jest z rodziny.- wskazała na mnie palcem jej matka. Nie dowierzałem w to całe szaleństwo. Tak kobieta jest jakaś chora. Nie wiem, jak pan Bartosz z nią wytrzymał tyle lat, ale jestem pod wrażeniem.
- Panie Messi, zdaje się, że to pańska narzeczona, prawda?- skinąłem twierdząco. - W takim razie pan też może być obecny.- uśmiechnął się pokrzepiająco, a ja poczułam jak kamień spada mi z serca. Szepnąłem ciche dziękuję. - Jak już zapewne państwo wiecie Emilia jest w stanie krytycznym, utrzymujemy ją w śpiączce farmakologicznej, aby nie czuła bólu. Ma złamane kilka żeber oraz wstrząśnienie mózgu. Miała szczęście, że to przeżyła, spokojnie możemy mówić o cudzie. Jej stan powoli się normuje, ale pierwsze dwie, trzy doby są tutaj kluczowe.- zatrzymał się, wziął głęboki oddech i wypuścił powietrze z płuc. - Jest jeszcze coś... Istnieje możliwość, że gdy się obudzi, nie będzie was pamiętała. Zdarza się to rzadko, aczkolwiek muszę państwa poinformować o takiej możliwości. Tomografia jednoznacznie tego nie potwierdza. Tymczasem muszę już iść. Wszystko będzie dobrze, proszę się nie martwić. Jest jeszcze młoda, ma silny organizm. Do widzenia.- Zakończył swój dość długi monolog, po czym odszedł. Wróciliśmy do sali, ująłem jej dłoń w swoją i złożyłem na niej krótki pocałunek. Byłem rozbity wewnętrznie. Nic w moim organizmie nie pracowało jak powinno.
- Skarbie musisz walczyć. Ja wierzę, że ci się uda.- wyszeptałem.
Niedługo później pielęgniarka zabrała mnie do mojej sali. Niechętnie wykonałem jej polecenie, nie miałem ochoty się z nią kłócić. Nie miałem ochoty nawet na życie. Przy swoim łóżku zobaczyłem mamę, która na mój widok od razu podbiegła, mocno mnie przy tym przytulając.
- Synu ty żyjesz. Dzięki Bogu.- ucieszyła się i przeczesała moje włosy. - Wszystko z tobą w porządku?- spytała zatroskana.
- Tak, jest okej.- burknąłem. Siadając na łóżku.
- Nie jest dobrze. Lio nie kłam przecież cię znam. Mam iść po lekarza?
- Nie mamo. Ze mną na prawdę wszystko w porządku.- posłałem jej wymuszony uśmiech, aby się nie martwiła.
- Emilia?- spytała niepewnie. Skinąłem głową. - Żyje, prawda?- znów potwierdziłem gestem.
- Nie wiadomo, czy to przeżyje. Jest w stanie krytycznym.- po poliku zaczęły spływać mi łzy. - Mamo tak bardzo się o nią boję.- rozpłakałem się wtulając w nią. - Nie dam rady żyć bez niej.- cieszyłem się, że wreszcie mogę powiedzieć komuś o swoich uczuciach.
- Spokojnie Lio, przejdziecie przez to. Jest silna, da radę. Zobaczysz.- uspokajała mnie.
- To ja powinienem tam teraz leżeć. To moja wina, nie musiałem jej ze sobą zabierać. Gdy siedzieliśmy w samolocie powiedziała mi, że ma złe przeczucia. Gdybym tylko wiedział...
- Lionel...- nieznacznie podniosła głos. - Nie mów tak. Nie wolno ci. Niczym nie zawiniłeś i oboje nie powinniście tu być. Ona też by się o ciebie martwiła. Macie przed sobą całe życie. Musisz być silny dla niej. Na pewno nie chciałaby żebyś się poddał. Dopóki jest szansa nie można tracić nadziei.
- Wiem mamo, ale ja tak bardzo ją kocham...
Rozmowa z mamą bardzo mi pomogła. Mogłem bez skrępowania powiedzieć jej wszystko, co leżało mi na sercu. Opuściła moją sale, gdy było już ciemno. A ja wciąż leżę i nie mogę spać. Usiadłem na łóżku, przez chwilę patrząc za okno. Po chodniku szli weseli ludzie, podczas gdy ja byłem na skraju załamania. Po cichu przemknąłem pomiędzy korytarzami, by znaleźć się pod salą Emi. Wszedłem do środka. Delikatnie pocałowałem jej usta. Usiadłem na krześle, które znajdowało się przy jej łóżku. Położyłem głowę na jej udach i znów zacząłem płakać.
- Kocham cię, wiesz? Nie poradzę sobie bez ciebie. Musisz walczyć. Gdy się obudzisz natychmiast zabiorę cię do Barcelony. Mundial już mnie nie interesuje. Będę się tobą opiekował, abyś jak najszybciej wróciła do zdrowia.- Zacząłem opowiadać. Ktoś kiedyś powiedział, że osoby w śpiączce słyszą nas i takie rozmowy im pomagają. - Cieszę się, że cię poznałem. Pamiętam jak się spotkaliśmy po raz pierwszy. Szczerze mówiąc trochę przytłaczałaś wyglądem, ale gdzieś w twoich oczach dostrzegłem małą, zagubioną dziewczynkę, która ma jakiś ogromny problem. Później nie mogłem normalnie funkcjonować. Ciągle o tobie myślałem, a gdy straciłem nadzieję, że jeszcze kiedyś cię zobaczę, ty pojawiłaś się tak nagle. Wybiegłaś, a ja nawet nie miałem okazji żeby spytać cię o imię. Później udało mi się zaprosić cię na spacer. Pamiętam jak zarumieniłaś się, gdy zapomniałaś mojego nazwiska. Pamiętam niemal wszystkie godziny spędzone w twoim towarzystwie. Dzięki tobie moje życie nabrało kolorów. I nie próbuj mnie tu zostawiać samego. Chłopcy również nie byliby z tego zadowoleni. Napewno już czekają kiedy zobaczą cię w Sao Paolo. Ta podróż miała wyglądać inaczej. Mieliśmy teraz spacerować po Rosario. Tak wiele chciałem ci pokazać.- opowiadałem jej o wszystkim i liczyłem, że mnie słyszy.

- Panie Messi, co pan tu robi?- poczułem czyjąś dłoń na plecach i głos młodej dziewczyny. Otworzyłem oczy i popatrzyłem na nią uważnie. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że spałem z głową na materacu Emi. Nawet nie pamiętam kiedy zasnąłem. - Proszę wrócić do sali. Zaraz zjawi się tam lekarz z wypisem.- skinąłem głową i grzecznie wykonałem polecenie pielęgniarki. To pierwsza osoba z tutejszego personelu, która jest życzliwa. Usiadłem na łóżku i nagle rozdzwonił się mój telefon. Nie patrząc na wykonawcę połączenia odebrałem.
~ Żyjesz.- usłyszałem w słuchawce, sam nie wiem, czy pytanie, czy stwierdzenie radosnego Kuna.
~ Jak słyszysz...
~ Wszystko w porządku?- spytał przejęty.
~ Nie, nic nie jest w porządku.
~ Możesz mi wreszcie powiedzieć co jest grane. Przestań rozmawiać ze mną jak z Sherlockiem Holmes'em.
~ Nie krzycz na mnie.
~ Nie krzyczę, jestem zdenerwowany. Znam cię dobrze i wiem, że musiało stać się coś strasznego. Więc przestań trzymać mnie w niepewności.
~ Emilia jest w śpiączce. Nie wiadomo czy przeżyje.
~ Co?! Boże, Leo trzymaj się, a ja zaraz tam będę. Przyślij mi adres SMSem.- rozłączył się, nie czekając nawet na moją odpowiedź. Wystukałem wiadomość, a po chwili w sali pojawił się lekarz.
- Dzień dobry panie Messi. Mam pański wypis, ale zanim go panu oddam musimy zrobić rutynowe badania.- oznajmił, na co przytaknąłem.
Siedziałem przed salą, w której leżała Emi. Nie chciałem tam wchodzić ze względu na jej matkę, która ewidentnie mnie nie toleruje.
- Leo.- usłyszałem głos najlepszego przyjaciela. - Gdy tylko dowiedziałem się, gdzie możesz być od razu tu przyszedłem. Jak się trzymasz?
- Ze mną wszystko w porządku. Nic mnie nie boli, mogę się ruszać, jak widzisz.
- A Emilia?
- Jej stan nie uległ poprawie. Cały czas czekamy.- wstałem z miejsca, obracając się w stronę szyby, za którą leżała moja ukochana.
- Dlaczego nie jesteś tam z nią?
- Ta kobieta obok łóżka to jej matka. Wczoraj się pokłóciliśmy. Wiesz, co ona śmiała mi powiedzieć?!- kpiąco się uśmiechnąłem. - Najpierw wytknęła mi, że to moja wina, a później powiedziała, że dzieli nas zbyt duża różnica wieku i Emilia szybko się mną znudzi.- pokręciłem głową z niedowierzaniem. Oboje patrzyliśmy na leżącą Polkę. Niedawno lekarz poinformował mnie, że jej stan się nie poprawia, co nie wpływa dobrze na jej zdrowie.
- Tak po prostu?
- Nie, z efektami specjalnymi.- uśmiechnąłem się lekko, a on zmierzył mnie wzrokiem. - Naskoczyła na mnie niespodziewanie i zaczęła krzyczeć.- oznajmiłem, a z pomieszczenia wyszedł Adam. Uśmiechnął się do mnie, czym dodał mi otuchy.
- Chodź, wiem, że chcesz tam wejść.- oznajmił spokojnym tonem.
- Nie będę przeszkadzał waszej matce. Nienawidzi mnie, więc czemu mam się jej tam pokazywać?
- Bo kochasz moją siostrę.
- Ale...
- Powiedz mi, gdzie podział się Messi z boiska? Gdzie jest mój idol, który jest zawsze gotowy do walki?
- Jest gdzieś w tym ciele, ale zagubił się tam w środku.- odpowiedział Kun. Znów popatrzyliśmy przez szybę. Faktycznie straciłem wolę walki, ale bez Emilki byłem nikim. Opadłem bezsilnie na krzesełko, a oni zajęli miejsca obok.
- Musisz być silny dla niej.
- Ale nie potrafię tak funkcjonować. Boję się, że ona już się nie obudzi.- wyznałem, czując jak po policzkach powoli zaczynają spływać łzy.
- Każdy z nas się boi. Ona do nas wróci, jestem tego pewien. Jest silna i potrafi wiele znieść. Wiem o tym, w końcu to moja mała siostrzyczka.- zaśmiał się Adam, pokrzepiająco klepiąc mnie po ramieniu.




~~~
Nigdy nie dodawałam notek pod rozdziałem, ale nadeszła chwila, w której jest ona potrzebna.
Nie wiem czy ktokolwiek czyta tego blog.  Żyję nadzieją, że jest tam kilka osób :) mam też nadzieję, że wam się podoba. Bardzo się staram.
Przejdźmy do puenty, dla której w ogóle zaczęłam tą wypowiedź.
Chciałabym podziekwekowac Xaviemu za wiele lat pięknego futbolu w jego wykonaniu. El Maestro jest niesamowity i niepowtarzalny. Będzie nam go brakowało. Wraz z jego odejściem kończy się pewna era w Barcelonie, a nawet w całej europejskiej piłce, bo jak teraz będzie wyglądała la Liga lub liga mistrzów? Mam nadzieję, że wróci na Camp Nou jako trener i znów będziemy mogli cieszyć się jego widokiem.
Łza kręci mi się w oku, ale musimy zaakceptować jego decyzję. DLA CULES ZAWSZE POZOSTANIE WIELKIM EL MAESTRO.






niedziela, 3 maja 2015

Rozdział 25 "Nie możesz być prawdziwy."

Mieć świado­mość, że złodziej, który skradł Two­je ser­ce, uk­radnie i jut­ro, i po­jut­rze, i całą przyszłość. I nig­dy... Nig­dy nie sta­nie się mor­dercą miłości, jaką go darzysz. Lecz i Ty nie­wzrusze­nie krad­nij je­go cen­ne chwi­le, po­całun­ki, objęcia, mi­nuty na roz­mo­wie o niczym. Łam­cie to siódme przy­kaza­nie! By­lebyście tyl­ko by­li szczęśli­wi. Dziś... Jut­ro... Zawsze... 

Obudziły mnie promienie słońca, które uparcie wpadały przez niedokładnie zasunięte zasłony. Powoli otworzyłam najpierw jedno oko, później drugie i ujrzałam twarz Lio, na której widniał delikatny uśmiech. Ziewnęłam przecierając piąstkami zaspane oczy. Dopiero teraz dotarło do mnie, co się wczoraj stało. Najpierw impreza, która skończyła się nad ranem, później pocałunek, a dalej to już się samo potoczyło. Przespałam się z Messim... Nigdy wcześniej nie wyobrażałam sobie tej chwili, ale zdecydowanie była jedną z najlepszych w moim życiu. Był delikatny, a zarazem bardzo czuły. Taki, jak zawsze. A najważniejsze, że był po prostu mój.
Wyswobodziłam się z jego uścisku, jednocześnie wydostając się spod kołdry, tak, aby go nie obudzić. Włożyłam bieliznę oraz koszulę piłkarza, którą miał cały wczorajszy wieczór. Poszłam do kuchni, gdzie zrobiłam szybkie bułeczki według przepisu babci.
Wyjęłam je z pieca, delikatnie odkładając na talerz, aby się nie poparzyć, gdy poczułam ręce obejmujące moje biodra wraz z pocałunkiem w szyję. Mimowolnie odchyliłam głowę, rozkoszując się chwilą przyjemności.
- Dzień dobry kochanie.- przywitał mnie jego niski zaspany głos.
- Cześć...- odwróciłam się w jego stronę i nim zdążyłam dokończyć zdanie, czułam jego ciepłe wargi na swoich. Moje dłonie wylądowały na jego nagim torsie. Nie mogłam się powstrzymać, aby nie dotknąć jego umięśnionego ciała. Zaczęło robić się niebezpiecznie, więc odsunęłam się na niewielką odległość. - Siadaj do stołu. Zrobiłam bułeczki według przepisu babci.- uśmiechnęłam się, a on skradł mi krótki pocałunek, a następnie wykonał moje polecenie.
Ugryzłam bułkę po raz kolejny, a Leo szeroko się uśmiechnął. Myślałam, że wybuchnie śmiechem.
- Jesteś cała w Nutelli.- wstał ze swojego miejsca, podchodząc bliżej mnie. Wziął serwetkę ze stosiku, który przygotowałam na wszelki wypadek. Wyczyścił moją twarz, a na moich policzkach pojawiły się rumieńce. - Jesteś słodka z tym rumieńcem.- cicho się zaśmiał, a ja znów zalałam się czerwienią.
- Przestań.- teatralnie założyłam ręce na piersi. - Perfidnie działasz na mój organizm.- stwierdziłam z udawanym oburzeniem.
- Nie, ja tylko dostrzegam piękno mojej narzeczonej.- pociągnął mnie za dłoń tak, że udało mi się wstać. Przyparł mnie do ściany, sprytnie zagradzając wszystkie drogi mojej ewentualnej ucieczki. Patrzył wzrokiem pełnym pożądania. Przygryzłam dolną wargę. Złączył nasze usta w pocałunku, który trwałby dość długo i nie wiadomo jak zakończył, gdyby nie nagły odgłos otwieranych drzwi. Odskoczyliśmy od siebie niczym poparzeni. Nie zdążyliśmy zająć naszych miejsc, gdy w kuchni pojawił się zadowolony z życia Adam.
- Hej siostra.- uśmiechnął się szeroko. - Bułeczki według przepisu babci!- ucieszył się, zasiadając przy stole. Nie zwracał uwagi na to, co działo się wokół, po prostu zaczął je jeść.
- Adam, co ty tutaj robisz?
- Przyszedłem w odwiedziny.- odpowiedział z pełną buzią i dopiero teraz zaczął się rozglądać. Jego twarz przyjęła dziwne skupienie. - Ale chyba wpadłem nie w porę.- podrapał się po karku. Wraz Leo spojrzeliśmy po sobie.
- Jak już tu jesteś to zostań.- wzruszyłam ramionami. - Napewno przyszedłeś tylko w odwiedziny?
- No dobra, nie tylko. Matka kazała mi cię sprawdzić.- powiedział cicho, jakby bał się mojej reakcji. Wcale mu się nie dziwiłam.
- Jeszcze jej mało?!- krzyknęłam, a u mojego boku pojawił się Argentyńczyk, obejmując mnie ramieniem.
- Spokojnie.- wyszeptał mi do ucha.
- Nie martw się i tak nie miałem zamiaru mówić jej wszystkiego. Powiem, że wszystko jest w porządku i się uczysz.- uśmiechnął się pokrzepiająco, czym dodał mi otuchy. - Swoją drogą, mogłybyście się pogodzić. Ustąp jej, niech chociaż myśli, że jej się udało.
- Nie.- pokręciłam głową. - Nawet mnie o to nie proś. Dobrze wiesz ile razy i jak się w stosunku do mnie zachowywała.- zamrugałam, aby pozbyć się łez, które zaczęły zbierać się pod moimi powiekami.
- Jesteście równie uparte.- pokręcił głową z dezaprobatą. - Nie będę wam już przeszkadzał i przepraszam, że wpadłem tak bez zapowiedzi.- pocałował mnie w policzek, a z Leo uścisnął dłoń i tyle go widzieliśmy. Drzwi trzasnęły, a ja opadłam z sił. Całe szczęście, że obok stał Lio, który natychmiast mnie złapał i zaniósł do salonu. Posadził mnie na kanapie, a następnie poszedł do szklankę wody. Podał mi ją, klękając przede mną i obejmując moje dłonie swoimi.
- Powinnaś coś z tym zrobić. Widzę, jak bardzo to przeżywasz.- powiedział z ogromną troską w głosie. Przez moment patrzyłam na jego poważną twarz.
- To nie zależy jedynie ode mnie.- wyszeptałam, próbując zatrzymać łzy. Otworzyłam usta, aby wypowiedzieć kolejne zdanie, ale nie potrafiłam. Dolna warga zaczęła mi drgać, a na policzkach pojawiły się słone kropelki. Leo natychmiast usiadł obok i mocno mnie przytulił. Wiedział, że teraz potrzebowałam chwili dla siebie. To co działo się z moim ciałem było bardzo dziwne. Chciałam nienawidzić matki, ale nie potrafiłam. Bardzo mocno ją kochałam, przecież nosiła mnie dziewięć miesięcy pod sercem, była gdy pierwszy raz szłam do szkoły i... I na tym zakończyła się jej rola. Z każdym rokiem było coraz gorzej. Stawałam się dla niej nikim, tak bynajmniej to wyglądało. Niech ktoś rozsądny mi powie, ileż można być dla kogoś tylko przedmiotem? Ile zniewagi można wytrzymać? Dlaczego nie mogłam mieć matki takiej, jak mają wszystkie dziewczyny?
Poczułam na policzku palec Leo, którym starł moje łzy. Wtuliłam się mocniej w jego ciało, a on gładził moje plecy. Każdy jego gest był teraz obdarzony dodatkową troską. Cieszyłam się, że mam kogoś przy sobie w takiej chwili. Potrzebowałam wsparcia.
- Cichutko, jestem przy tobie.- powtarzał.
- Wiem Leoś i bardzo ci za to dziękuję.- uniosłam lekko kąciki ust posyłając mu cień uśmiechu.
Całą niedzielę spędziłam z Leo. Po kilku godzinach humor mi się poprawił, właśnie za sprawą piłkarza, który próbował spakować moją walizkę. Podeszłam do niego i zaczęłam poprawiać swoje rzeczy.
- Zaczekaj.- zaśmiałam się. - Tu się nie zmieści tyle ubrań. Muszę wziąć drugą walizkę.- sięgnęłam pod łóżko, aby ją wyciągnąć.
- W zasadzie starczy ci jedna. Kupimy ci coś w Brazylii.
- Nawet o tym nie myśl.- spojrzałam na niego wrogo. - Zbyt wiele mi kupujesz.- stwierdziłam wymijając go i sięgając po kolejne ubrania.
- Przesadzasz...- machnął ręką. - Doskonale wiesz, że nie jest to dla mnie problemem, a jedynie przyjemnością.- odłożył na bok bluzki, które trzymałam w dłoniach. - Wybierz tylko niezbędne rzeczy i nie próbuj udawać bo i tak sprawdzę, co zabierasz.- wskazał na mnie z uśmiechem, po czym pocałował mnie, aż zabrakło mi tchu. Zaśmiał się cicho, a ja założyłam ręce na piersi i wykręciłam się do niego plecami.
- Przestań.- powiedziałam z udawanym oburzeniem.
- Ale co?- obrócił mnie w swoją stronę i przyciągnął bliżej siebie. Położyłam dłonie, na jego nagim torsie, tak jeszcze nie zdążył założyć koszuli, w której ciągle byłam ja. - Nie wiem o co ci chodzi.- znów mnie pocałował.
- O to.- powiedziałam, rozłączając nasze wargi.
- O to?- spytał i znów to zrobił. Zrobiłam obrażoną minę.
- Dobrze wiesz, jak na mnie działasz.- założyłam ręce na piersi. - Wykorzystujesz mnie.
- Wiem.- zaśmiał się głośno. - I bardzo mi to schlebia.- upadliśmy na łóżko, a on zawisnął nade mną. Przez dłuższy moment patrzyliśmy w swoje oczy. Leo położył się obok, obejmując mnie ramieniem. Oboje wpatrywaliśmy się w biały podwieszany sufit. - Zastanawiałaś się kiedyś, co by było gdybyśmy się nie znali?- spytał poważnie. Oparłam się na łokciu, aby móc na niego spojrzeć. Jego wzrok skupiał się w bliżej nieokreślonym punkcie.
- Skąd takie pytanie?
- Wiesz, ja się zastanawiałem i doszedłem do wniosku, że nie wiem, jak mogłem bez ciebie żyć. To całe spotkanie pod recepcją, a później w gabinecie twojego ojca to najlepsze co do tej pory mnie spotkało.- wciąż mu się przyglądałam. Delikatnie mnie do siebie przyciągnął, przez co na nim leżałam. Wtuliłam się w niego, chcąc poczuć ciepło jego ciała. Zawsze mnie uspokajało. Czułam się wtedy bezpieczna i niczego się już nie bałam. - Jesteś moim największym skarbem.- ujął moją dłoń, na której widniał złoty pierścionek i złożył na niej pocałunek.
- Nie żałujesz, że tak szybko się oświadczyłeś?- spytałam niepewnie.
- Nie i zrobiłbym to ponownie.- odpowiedział z pewnością w głosie.
- Nie możesz być prawdziwy.-westchnęłam, a po policzku spłynęła mi łza. - Jesteś zbyt idealny. Tacy mężczyźni nie istnieją.
- Skarbie, nie płacz.- ucałował mnie w głowę. - Jak widzisz jestem prawdziwy.- zaśmiał się cicho. - Mogę cię nawet uszczypnąć.- z uśmiechem na ustach wykonał gest. Momentalnie roześmiałam się.
- Muszę dokończyć pakowanie.- westchnęłam na samą myśl.
- Pomogę ci, a później idziemy na najlepsze lody w Barcelonie.

Wchodzilimy właśnie do samolotu. Za kilka godzin będziemy w Buenos Aries, a później brat Leo ma nas zabrać do Rosario. Kilka dni spędzimy u rodziny Messich, a na koniec Brazylia i mundial. Na samą myśl uśmiech pojawiał się na moich ustach. Lecz żeby nie było tak kolorowo, nasz samolot był opóźniony cztery godziny. Wszystko za sprawą dużych wiatrów, które uporczywie utrudniały życie podróżnym.
Całe szczęście siedzimy już w fotelach. Oparłam głowę o ramię Argentyńczyka.
- Już nie mogę się doczekać. Koniecznie musisz zobaczyć kilka miejsc.- wyczułam w jego głosie niezwykłe podekscytowanie. Cieszył się, że wreszcie zobaczę miasto, w którym przeżył dzieciństwo. Nie dziwię mu się, ja równie mocno przeżywałam jego pobyt w Polsce.
- Ja też. Wiesz Leoś...- zatrzymałam na chwilę głos. - Mam złe przeczucia.- wypuściłam głośno powietrze z płuc.
- Nie masz się czym martwić. Samolotami latałaś, moją rodzinę znasz. Wszystko będzie dobrze.- pocałował mnie w czubek głowy, a ja na niego spojrzałam. Złączyłam na chwilę nasze wargi, po czym znów się o niego oparłam. Poczułam, jak powieki stają się coraz cięższe, aż w końcu zasnęłam. Śniło mi się, że matka przychodzi do mnie i przeprasza za wszystko, co zrobiła do tej pory źle, a ja oczywiście jej wybaczam. Później był ślub, ale nie Leo ze mną, a Neymara z Igą. Wyglądała ślicznie, z resztą jak zawsze. Szczerze mówiąc, jest piękną kobietą i dziwię się, dlaczego wciąż jest sama. Może Brazylijczyk niedługo to zmieni. Bardzo bym się cieszyła z tego powodu. Pasują do siebie, a poza tym od pierwszego spotkania mają się ku sobie.
Nagle poczułam okropny ból, który zaczął przeszywać moją klatkę piersiową, a później całe ciało. Nie zdążyłam otworzyć oczu, mocno ścianęłam dłoń Leo, a na koniec moje ciało stało się jakieś zaskakująco lekkie...